01.12.2022, 13:42 ✶
- Masz rację - zgodziła się tylko ze Stewardem, marszcząc brwi. - To by oznaczało, że mogło być jeszcze więcej, ale co takiego wiedziała zwykła... samotna matka...
Zakładała, być może niesłusznie, że Emily czegoś się dowiedziała i szantażowała albo ktoś płacił jej za milczenie. Jeżeli takich osób było więcej... Te dwie, które przysyłały te pieniądze, na pewno nie porwały chłopca i jej nie zabiły: Brenna tego nie zakładała, z prostego powodu, że wiedziałyby wtedy, że nie muszą przysyłać kolejnych kopert. Chciała odkryć ich tajemnicę, bo to mogło dać pewną podpowiedź, czym zajmowała się Emily Hill.
Ale jeśli był ktoś jeszcze?
Trop rodziny ojca chłopca, dalekich krewnych Hill, którzy chcieli zabrać dziecko od "nic niewartej charłaczki" albo jeszcze jakiś, na jaki nie wpadła, mógł być jednak równie dobry.
Steward miał rację i w jeszcze jednym: w tej chwili powstrzymanie jej byłoby bardzo trudne, nawet jeżeli zachowywała się nie do końca logicznie. Może tak działał na nią ten dom, coś, co się tu czaiło, niedawne ponure wydarzenia i echo czarnej magii, wyzierające na nią z kątów. A może tylko chłopiec ze zdjęcia, bo jej chrześnica była niewiele młodsza od niego, i gdyby pewnego dnia ktoś porwał ją z własnego łóżka, za sobą zostawiając martwą Norę, Brenna poruszyłaby niebo i ziemię, by ją znaleźć. I potem - wbrew wszystkiemu, czym powinien być Brygadzista - rozdarłaby winnych na strzępy.
W tym wypadku nie zamierzała postępować aż tak ekstremalnie, ale musiała próbować.
Nie zwróciła tym razem nawet uwagi na krew płynącą z nosa, zbyt skupiona na swoim celu. Usiadła w kręgu, a świat, który ją otaczał, znów znikł, rozpłynął się w dymie świec. I tym razem coś zobaczyła: choć za mało, znowu za mało, bo przeszłość nie chciała pokazać Brennie twarzy.
Gdy wizja przeminęła, pozostała w ciemnościach. Zwalczyła ukłucie paniki, bo nie był to pierwszy raz, kiedy obraz rozmył się jej tak przed oczyma. Wiedziała, że zaraz wszystko minie. Ona odzyska wzrok i tylko Lyndona dalej nie będzie w pokoju.
- Od początku chodziło o chłopca. Kobieta nazwała go "Pierre". - Starała się zapamiętać jej głos. Wzrost. Sylwetkę. Wyryć to wszystko w pamięci niby w kamieniu. - Napoili go jakąś miksturą. Nie zamierzali go chyba zabić od razu, bo zabrała jego zabawkę. - A to mogło być powodowane albo troską, albo chęcią później dania mu czegoś, dzięki czemu będzie łatwiej nad nim zapanować. - Nie wiem, czy ich znał, ale na pewno nie chciał iść z nimi. Walczył.
Nie poruszała się jeszcze: czekała, aż wzrok odzyska ostrość. Wcześniejsza porażka z kopertami sprawiała, że niestety nie tylko teraz wszystko się rozmyło i w głowie zaczęło jej łupać, ale też tego dnia nie miała już raczej szans zobaczyć czegokolwiek przydatnego.
Zakładała, być może niesłusznie, że Emily czegoś się dowiedziała i szantażowała albo ktoś płacił jej za milczenie. Jeżeli takich osób było więcej... Te dwie, które przysyłały te pieniądze, na pewno nie porwały chłopca i jej nie zabiły: Brenna tego nie zakładała, z prostego powodu, że wiedziałyby wtedy, że nie muszą przysyłać kolejnych kopert. Chciała odkryć ich tajemnicę, bo to mogło dać pewną podpowiedź, czym zajmowała się Emily Hill.
Ale jeśli był ktoś jeszcze?
Trop rodziny ojca chłopca, dalekich krewnych Hill, którzy chcieli zabrać dziecko od "nic niewartej charłaczki" albo jeszcze jakiś, na jaki nie wpadła, mógł być jednak równie dobry.
Steward miał rację i w jeszcze jednym: w tej chwili powstrzymanie jej byłoby bardzo trudne, nawet jeżeli zachowywała się nie do końca logicznie. Może tak działał na nią ten dom, coś, co się tu czaiło, niedawne ponure wydarzenia i echo czarnej magii, wyzierające na nią z kątów. A może tylko chłopiec ze zdjęcia, bo jej chrześnica była niewiele młodsza od niego, i gdyby pewnego dnia ktoś porwał ją z własnego łóżka, za sobą zostawiając martwą Norę, Brenna poruszyłaby niebo i ziemię, by ją znaleźć. I potem - wbrew wszystkiemu, czym powinien być Brygadzista - rozdarłaby winnych na strzępy.
W tym wypadku nie zamierzała postępować aż tak ekstremalnie, ale musiała próbować.
Nie zwróciła tym razem nawet uwagi na krew płynącą z nosa, zbyt skupiona na swoim celu. Usiadła w kręgu, a świat, który ją otaczał, znów znikł, rozpłynął się w dymie świec. I tym razem coś zobaczyła: choć za mało, znowu za mało, bo przeszłość nie chciała pokazać Brennie twarzy.
Gdy wizja przeminęła, pozostała w ciemnościach. Zwalczyła ukłucie paniki, bo nie był to pierwszy raz, kiedy obraz rozmył się jej tak przed oczyma. Wiedziała, że zaraz wszystko minie. Ona odzyska wzrok i tylko Lyndona dalej nie będzie w pokoju.
- Od początku chodziło o chłopca. Kobieta nazwała go "Pierre". - Starała się zapamiętać jej głos. Wzrost. Sylwetkę. Wyryć to wszystko w pamięci niby w kamieniu. - Napoili go jakąś miksturą. Nie zamierzali go chyba zabić od razu, bo zabrała jego zabawkę. - A to mogło być powodowane albo troską, albo chęcią później dania mu czegoś, dzięki czemu będzie łatwiej nad nim zapanować. - Nie wiem, czy ich znał, ale na pewno nie chciał iść z nimi. Walczył.
Nie poruszała się jeszcze: czekała, aż wzrok odzyska ostrość. Wcześniejsza porażka z kopertami sprawiała, że niestety nie tylko teraz wszystko się rozmyło i w głowie zaczęło jej łupać, ale też tego dnia nie miała już raczej szans zobaczyć czegokolwiek przydatnego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.