19.02.2024, 08:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2024, 14:55 przez Samuel McGonagall.)
Tak naprawdę, to nie była niczyja wina. To znaczy... Sam miał wkładane do głowy, że powinien dbać o siebie, żeby względna równowaga zapewniała bezpieczeństwo jemu i innym. Mężczyźnie jednak daleko było do równowagi. Ostatnie dwa miesiące leżały na innym kontynencie niż równowaga, to pewne.
Bezsenna noc, wczorajszy list od Nory, nadchodząca potańcówka, na której będzie wiele osób, z którymi Sam być może chciałby rozmawiać, ale raczej tak naprawdę to w ogóle by nie rozmawiał... To wszystko się kotłowało nieprzyjemnie, czyniąc wybuchową mieszankę, która teraz postanowiła dać o sobie znać. Tym bardziej że tak spokojnie mógł zatopić się w znajomej aktywności i nagły rumor i krzyk za jego plecami był tylko małym, ale jakże głośnym ziarenkiem przechylającym szale.
Liczba dni bez klątwy — ponownie zero.
Nie zdążył nawet pomyśleć o tym, że przecież wiedział, że tam są jadowite, nie zdążył poinformować zdenerwowanej kobiety, że stransmutował sobie rękawice odpowiednio grube i zabezpieczone właściwymi olejami. Nie... Ziemia zadrżała pod jego nogami
– Nie podch... auć!– próbował odwrócić się do niej i ostrzec ją, a wtedy wynurzyły się przyciągnięte jego energią kolczaste pnącza, karmiące się strachem, zmęczeniem i bezsilnością. Rzuciły się do swojego źródła, ale część z nich bezładnie i gwałtownie rozłożyła piękne i niebezpieczne witki wokół niego, tworząc przerażający, chaotyczny zagonek o średnicy metra. Sam szamotał się pomiędzy, próbując uniknąć razów, rozpychając się bezskutecznie w klatce. Normalnie, w lesie przemieniłby się w krogulca i umknął w powietrze tam, gdzie ziemia nie mogłaby go sięgnąć. Normalnie w lesie ataki zdarzały mu się niezwykle rzadko... Zapomniał, już jak to jest, jego starania spełzały na niczym.
Bezsenna noc, wczorajszy list od Nory, nadchodząca potańcówka, na której będzie wiele osób, z którymi Sam być może chciałby rozmawiać, ale raczej tak naprawdę to w ogóle by nie rozmawiał... To wszystko się kotłowało nieprzyjemnie, czyniąc wybuchową mieszankę, która teraz postanowiła dać o sobie znać. Tym bardziej że tak spokojnie mógł zatopić się w znajomej aktywności i nagły rumor i krzyk za jego plecami był tylko małym, ale jakże głośnym ziarenkiem przechylającym szale.
Liczba dni bez klątwy — ponownie zero.
Nie zdążył nawet pomyśleć o tym, że przecież wiedział, że tam są jadowite, nie zdążył poinformować zdenerwowanej kobiety, że stransmutował sobie rękawice odpowiednio grube i zabezpieczone właściwymi olejami. Nie... Ziemia zadrżała pod jego nogami
– Nie podch... auć!– próbował odwrócić się do niej i ostrzec ją, a wtedy wynurzyły się przyciągnięte jego energią kolczaste pnącza, karmiące się strachem, zmęczeniem i bezsilnością. Rzuciły się do swojego źródła, ale część z nich bezładnie i gwałtownie rozłożyła piękne i niebezpieczne witki wokół niego, tworząc przerażający, chaotyczny zagonek o średnicy metra. Sam szamotał się pomiędzy, próbując uniknąć razów, rozpychając się bezskutecznie w klatce. Normalnie, w lesie przemieniłby się w krogulca i umknął w powietrze tam, gdzie ziemia nie mogłaby go sięgnąć. Normalnie w lesie ataki zdarzały mu się niezwykle rzadko... Zapomniał, już jak to jest, jego starania spełzały na niczym.