01.12.2022, 14:08 ✶
- Jeżeli zrozumiałeś chociaż połowę, to i tak jestem niesamowicie pod wrażeniem – zapowiedziała Brenna. Wyrzucała czasem z siebie słowa z taką prędkością, że ludziom faktycznie ciężko było ją zrozumieć. Nie wspominając już o jej skłonności do różnych dygresji. Myśli Brenny chyba raczej biegały niż płynęły, a to, ile i jak mówiła, tylko to odzwierciedlało.
Uśmiechnęła się półgębkiem na wszystkie wątpliwości Castiela. Czy ją dziwiło, że rozbierał tę historię na czynniki pierwsze? Ani trochę. Był w końcu zafascynowany klątwami na tyle, że nic dziwnego, że tak zareagował na sugestię o przeklętym drzewie…
- To bajka, Cas. Jest w niej oczywiście tego więcej. Brzmiała jakoś tak… Dawno, dawno temu, w rodzinie Greengrassów żył mężczyzna, który był niezrównanym zielarzem i mistrzem eliksirów. Nade wszystko pragnął przyrządzić miksturę, która pomoże mu komunikować się z roślinami. Pewnego dnia dostrzegł w ogrodzie wdowy rzadkie ziele lecznicze, odmienione w przedziwny sposób i uznał, że właśnie dzięki niemu ma szansę wynaleźć odpowiedni eliksir. W noc Ostary ukradł ziele, nie bacząc na to, że wdowa hodowała je, by wyleczyć z choroby swego syna. Być może pokarała go bogini lub pomylił się przy formule, bo eliksir zamiast dać mu zdolność rozmowy z roślinami sprawił, że te wyrosły w jego ustach: i zadusiły go – opowiedziała. Czy była to prawdziwa opowieść? Pewnie nie. Czy było w niej ziarno prawdy? Kto wie. Brenna nie była nawet pewna, gdzie ją usłyszała. Może sama wymyśliła ją jako dziecko? Albo gdzieś w snach, błądząc wśród wspomnień swoich przodków, usłyszała baśń, którą dawno, dawno temu opowiadano zupełnie komuś innemu? – Wdowie jednak jego śmierć nie wystarczyła, by uczynić za dość utracie syna. Kiedy go pochowano i na jego grobie wyrosło drzewo, rzuciła na nie klątwę. Pień stał się czarny i suchy, gałęzie nigdy nie rodziły liści, i wyglądało, jak trafione piorunem, a uwięziona w nim dusza Greengrassa miała cierpieć przez wieki. I w każdą Ostarę usiłuje on schwytać wędrowców, w nadziei, że któryś z nich złamie klątwę: a gdy nie potrafią tego zrobić, z wściekłości więzi ich we własnym pniu.
Zmieniła nieco pozycję, nogi zwieszając z kamienia. Gdy Flint odmówił jajka, dorzuciła je z powrotem do koszyka, do innych słodyczy, w które - przezornie - zaopatrzyła się w wielkiej liczbie. Nie były to wprawdzie ciasteczka Nory, ale dobrze było wypróbować i innych, prawda?
- Oczywiście, nigdy nie znalazłam podobnego drzewa, chociaż nie przeszukałam całej Kniej - powiedziała lekko. Czy wierzyła w tę opowieść? Podejrzewała, że mogło być w niej jakieś ziarno prawdy, chociaż niekoniecznie w tym duszeniu. Ale jako dziecko oczywiście była całkowicie pewna, że gdzieś w lasach otaczających Dolinę mieszka dusza przeklętego Greengrassa. - Lodowaty ocean. Straszne rzeczy. Ale podobno wy, Flintowie, macie słoną wodę zamiast krwi, może to dlatego dajecie radę? I wiesz co, rzucanie jajkami z czekolady? Jeszcze się takie rozpryśnie i dojdzie do skandalicznego zmarnowania zasobów. Obrzuć go... o, szyszkami. Jest ich tu sporo. Ja na przykład jedną wygrałam w loterii.
Tym razem zademonstrowała mu... tak, smętną, podejrzanie wyglądającą szyszkę, którą "wygrała" w gobliniej loterii na straganach.
Uśmiechnęła się półgębkiem na wszystkie wątpliwości Castiela. Czy ją dziwiło, że rozbierał tę historię na czynniki pierwsze? Ani trochę. Był w końcu zafascynowany klątwami na tyle, że nic dziwnego, że tak zareagował na sugestię o przeklętym drzewie…
- To bajka, Cas. Jest w niej oczywiście tego więcej. Brzmiała jakoś tak… Dawno, dawno temu, w rodzinie Greengrassów żył mężczyzna, który był niezrównanym zielarzem i mistrzem eliksirów. Nade wszystko pragnął przyrządzić miksturę, która pomoże mu komunikować się z roślinami. Pewnego dnia dostrzegł w ogrodzie wdowy rzadkie ziele lecznicze, odmienione w przedziwny sposób i uznał, że właśnie dzięki niemu ma szansę wynaleźć odpowiedni eliksir. W noc Ostary ukradł ziele, nie bacząc na to, że wdowa hodowała je, by wyleczyć z choroby swego syna. Być może pokarała go bogini lub pomylił się przy formule, bo eliksir zamiast dać mu zdolność rozmowy z roślinami sprawił, że te wyrosły w jego ustach: i zadusiły go – opowiedziała. Czy była to prawdziwa opowieść? Pewnie nie. Czy było w niej ziarno prawdy? Kto wie. Brenna nie była nawet pewna, gdzie ją usłyszała. Może sama wymyśliła ją jako dziecko? Albo gdzieś w snach, błądząc wśród wspomnień swoich przodków, usłyszała baśń, którą dawno, dawno temu opowiadano zupełnie komuś innemu? – Wdowie jednak jego śmierć nie wystarczyła, by uczynić za dość utracie syna. Kiedy go pochowano i na jego grobie wyrosło drzewo, rzuciła na nie klątwę. Pień stał się czarny i suchy, gałęzie nigdy nie rodziły liści, i wyglądało, jak trafione piorunem, a uwięziona w nim dusza Greengrassa miała cierpieć przez wieki. I w każdą Ostarę usiłuje on schwytać wędrowców, w nadziei, że któryś z nich złamie klątwę: a gdy nie potrafią tego zrobić, z wściekłości więzi ich we własnym pniu.
Zmieniła nieco pozycję, nogi zwieszając z kamienia. Gdy Flint odmówił jajka, dorzuciła je z powrotem do koszyka, do innych słodyczy, w które - przezornie - zaopatrzyła się w wielkiej liczbie. Nie były to wprawdzie ciasteczka Nory, ale dobrze było wypróbować i innych, prawda?
- Oczywiście, nigdy nie znalazłam podobnego drzewa, chociaż nie przeszukałam całej Kniej - powiedziała lekko. Czy wierzyła w tę opowieść? Podejrzewała, że mogło być w niej jakieś ziarno prawdy, chociaż niekoniecznie w tym duszeniu. Ale jako dziecko oczywiście była całkowicie pewna, że gdzieś w lasach otaczających Dolinę mieszka dusza przeklętego Greengrassa. - Lodowaty ocean. Straszne rzeczy. Ale podobno wy, Flintowie, macie słoną wodę zamiast krwi, może to dlatego dajecie radę? I wiesz co, rzucanie jajkami z czekolady? Jeszcze się takie rozpryśnie i dojdzie do skandalicznego zmarnowania zasobów. Obrzuć go... o, szyszkami. Jest ich tu sporo. Ja na przykład jedną wygrałam w loterii.
Tym razem zademonstrowała mu... tak, smętną, podejrzanie wyglądającą szyszkę, którą "wygrała" w gobliniej loterii na straganach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.