Wszeteczność świata zawierała się w tym, że gdy tylko na jego oblicze spływało błogie non omnis moriar, w szklanej, lustrzanej ścianie wszystko nikło w zapomnieniu. Nic wszak wiecznym nie było, a jednak ludzie ukochali sobie stwierdzanie, że zapiszą się na kanwie życiorysu nim okrutne Mojry przetną ostatnią karmazynową nić jestestwa. Prawdopodobnie dlatego była tak błogą Afrodytą wynurzającą się z odmętów piany morskiej, bardziej słodyczą smaganych wzburzonymi falami łydek, aniżeli faktyczną kłutą w marmurze Ateną, nieprzystępnym tchnieniem boskości.
– Czy chciałby pan ze mną doświadczyć umierania? – zabrzmiała tym obrzydliwie brytyjskim, snobistycznym akcentem panny z Exeter – o sweterkach znaczonych monogramami, wstążkach wplecionych we włosy i niewinnych orkiestrach wybijających pory roku. Nie mrugnęła jednak nawet, membrana powiek nie ugięła się pod ciężarem kruczych rzęs – była poważna śmiertelnie.
Nic jej nie ekscytowało jak mówienie o śmierci.
– Źle pan rozumie tę ucieczkę. Ma pan uciekać nie od siebie, a od wizji siebie. W tym tkwi sęk, tak myślę – odpowiedziała, szpony zaciskając mocniej na jego ramieniu, otulonym rześkim dotykiem. – A z ostrzem trzeba tańczyć.
Była przekonana, że umrze młodo; że te wszystkie występki, mnogość okropieństw, którą miała na swoim koncie moralnym – wszystko miało sprowadzić ją do bycia dominantą wszechświata, a te zdawały się szybko zmieniać w upadłe anioły. A tych nie brak było na ziemi.
Nie chciała być damą w opałach, chciała być damą sprowadzającą opały.
Może dlatego sporo starszy Longbottom zdołał z niej wykrzesać tę nienaturalną emfazę, niepowstrzymaną ekscytację bulgoczącą pod nawierzchnią skóry. I choć wiele rzeczy budziło w niej żywe zainteresowanie, choć często z dziecięcą przekorą próbowała tego, co nieznane – teraz zapłonęła żywym ogniem, który odbił się różami na przecież na ogół niepokalanej pąsem twarzy.
Była ciekawa, dokąd ją zaprowadzi jego towarzystwo. Na pewno nie do bigoteryjnego nieba.
Jego głos, odbijający się szeptem, sprawił że po jej plecach na palcach przebiegł dreszcz, a ona sama drgnęła miękko, jakby miała rozpaść się na kawałki pod jego dotykiem.
– To więcej niż oferta. To obietnica, panie Longbottom – odparła, wyginając usta w perfidnie urokliwym uśmiechu.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it