19.02.2024, 17:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2024, 23:07 przez Erik Longbottom.)
Oblała go fala ulgi, zmywając z jego twarzy poczucie niepewności i zwątpienia, gdy zorientował się, że Samuel ucieszył się z perspektywy kolejnego spotkania. Naprawdę, kamień spadł mu z serca. Przez te kilka chwil ciszy, gdy czekał na odpowiedź, sądził, że zostanie brutalny ściągnięty na ziemię. Spodziewał się usłyszeć, że było to nieprofesjonalne i coś, z czym stolarz nie czuł się komfortowo. A jednak było inaczej. Przebłysk zadowolenia zatańczył na ustach Erika.
— Cieszę się, że tym razem nie odmówiłeś — wtrącił, do tej pory wsłuchując się w głos towarzysza. — Jesteśmy nieco... hmm... dziwni, ale idzie się przyzwyczaić. — Wskazał ruchem brody ku Warowni. — Po Brennie już chyba wszystko idzie przetrwać.
Jak smok broniący twierdzy, pomyślał mimowolnie. Gdy już się go pokona, wszystko, co napotka się w środku, będzie zdawało się dwa razy mniej groźne. Zastanawiał się, u kogo jeszcze pracował jak do tej pory Sam i jak zareagowałby na prominentne familie trzęsące poniekąd Londynem. Na ich tle Longbottomowie wypadali dosyć blado. Na pewno nie byli idealną rodziną czystej krwi, jakiej tradycjonaliści pragnęli w socjecie.
Wychowywali się w duchu uczciwości i szacunku do innych, bez względu na czyjś status społeczny i materialny. Niektórzy przyjmowali te lekcje momentalnie, innym zajmowało to dłużej, ale nie sposób było ich ignorować, gdy trzon ich drzewa geneaologicznego było tak mocno zaangażowane w działalność charytatywną. Odrzucając izolację pośród innych rodzin czystej krwi na poczet wyciągnięcia ku innym pomocnej dłoni, zrobili poniekąd z siebie cel. Byli łatwym obiektem krytyki pośród tych, którym nie w smak były zmiany w hierarchii społecznej świata czarodziejów.
Czy mieszkańcy Warowni żałowali? Raczej nie. Każdy zasługiwał w końcu na dobre słowo, a ktoś musiał wykonać pierwszy krok, aby dobre gesty były potem przekazywane sobie nawzajem przez innych ludzi i wędrowały coraz dalej, jak opadające jedne za drugimi kości domina. Rzuć kamieniem we właściwym momencie i we właściwym miejscu, a fale, które utworzy, połączą się z innymi i będą rosły coraz większe i większe.
— Niedźwiedź z dużym apetytem? Przyjmuję wyzwanie — Pokręcił rozbawiony głową, a jego wargi objął w posiadanie łagodny półuśmiech. — W kwestii drewna ewidentnie stajesz na wysokości zadania. Nie mam wyboru jak tylko spróbować ci dorównać techniką i poświęceniem... Tylko w łowieniu.
Zaakceptował wizję całodniowego wypadu tkaną przez Samuela. Chociaż tegoroczna wiosna zaczęła się z przytupem, zwiastując przyjemny sezon, tak koniec końców maj rozpoczął się sporą katastrofą. Może nie mógł wywalczyć przyjemnego lata dla wszystkich, ale mógł zadbać o siebie i swoich bliskich. Wypad na ryby i nocne pluskanie się w jeziorze całkiem nieźle się w to wpisywały. Zwłaszcza w doborowym towarzystwie.
— Więc... — zagaił, zerkając w stronę reszty samuelowych narzędzi. — Mogę jeszcze jakoś pomóc? To jest, o ile jest coś, czego nie zepsuję jednym złym ruchem.
— Cieszę się, że tym razem nie odmówiłeś — wtrącił, do tej pory wsłuchując się w głos towarzysza. — Jesteśmy nieco... hmm... dziwni, ale idzie się przyzwyczaić. — Wskazał ruchem brody ku Warowni. — Po Brennie już chyba wszystko idzie przetrwać.
Jak smok broniący twierdzy, pomyślał mimowolnie. Gdy już się go pokona, wszystko, co napotka się w środku, będzie zdawało się dwa razy mniej groźne. Zastanawiał się, u kogo jeszcze pracował jak do tej pory Sam i jak zareagowałby na prominentne familie trzęsące poniekąd Londynem. Na ich tle Longbottomowie wypadali dosyć blado. Na pewno nie byli idealną rodziną czystej krwi, jakiej tradycjonaliści pragnęli w socjecie.
Wychowywali się w duchu uczciwości i szacunku do innych, bez względu na czyjś status społeczny i materialny. Niektórzy przyjmowali te lekcje momentalnie, innym zajmowało to dłużej, ale nie sposób było ich ignorować, gdy trzon ich drzewa geneaologicznego było tak mocno zaangażowane w działalność charytatywną. Odrzucając izolację pośród innych rodzin czystej krwi na poczet wyciągnięcia ku innym pomocnej dłoni, zrobili poniekąd z siebie cel. Byli łatwym obiektem krytyki pośród tych, którym nie w smak były zmiany w hierarchii społecznej świata czarodziejów.
Czy mieszkańcy Warowni żałowali? Raczej nie. Każdy zasługiwał w końcu na dobre słowo, a ktoś musiał wykonać pierwszy krok, aby dobre gesty były potem przekazywane sobie nawzajem przez innych ludzi i wędrowały coraz dalej, jak opadające jedne za drugimi kości domina. Rzuć kamieniem we właściwym momencie i we właściwym miejscu, a fale, które utworzy, połączą się z innymi i będą rosły coraz większe i większe.
— Niedźwiedź z dużym apetytem? Przyjmuję wyzwanie — Pokręcił rozbawiony głową, a jego wargi objął w posiadanie łagodny półuśmiech. — W kwestii drewna ewidentnie stajesz na wysokości zadania. Nie mam wyboru jak tylko spróbować ci dorównać techniką i poświęceniem... Tylko w łowieniu.
Zaakceptował wizję całodniowego wypadu tkaną przez Samuela. Chociaż tegoroczna wiosna zaczęła się z przytupem, zwiastując przyjemny sezon, tak koniec końców maj rozpoczął się sporą katastrofą. Może nie mógł wywalczyć przyjemnego lata dla wszystkich, ale mógł zadbać o siebie i swoich bliskich. Wypad na ryby i nocne pluskanie się w jeziorze całkiem nieźle się w to wpisywały. Zwłaszcza w doborowym towarzystwie.
— Więc... — zagaił, zerkając w stronę reszty samuelowych narzędzi. — Mogę jeszcze jakoś pomóc? To jest, o ile jest coś, czego nie zepsuję jednym złym ruchem.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞