19.02.2024, 22:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2024, 00:08 przez Samuel McGonagall.)
Jednym z najtraumatyczniejszych doświadczeń Samuela była pierwsza i ostatnia wizyta w Londynie, więc ciężko było przewidzieć, jak radziłby sobie z rodzinami, skoro nawet miejsce napawało go mieszaniną strachu i wstrętu. Mimo dorodnego wzrostu, bliżej mu było do hobbita, który najchętniej nigdy by nie opuszczał swojej przyjemnej, ciepłej norki w środku lasu. Mimo krwi i nieco księciuniowych zapędów, które czasem się w nim budziły... Wolał by czarodziejska elita zjeżdżała się do Doliny niż on miałby się zjeżdżać do niej. A i owszem, był zupełnie nieświadom sytuacji politycznej i tego, że ów elita mogła bardzo, ale to bardzo zaszkodzić enklawie Godryka. Że już to zrobiła...
Tymczasem jednak poranek trwał, a Sam zachęcony pytaniem, odrzucając obawy o to, że Erik pyta jeno kurtuazyjnie, podał mu pędzel i puszkę z bezbarwnym gruntem. Bardzo szybko wszedł też w opowieść o deskach, płotach, gruntach i farbach. O różnym drewnie i różnym jego zastosowaniu. Gdzieś po drodze okazało się, że Corgi to kura, która mieszkała razem z nim w leśniczówce, oraz że to imię przechodnie, bowiem wszystkie kury łażą za nim jak małe psy. Cieśla opowiedział mu również o kilku zabawniejszych zleceniach z Doliny, nie podając co prawda nazwisk, ale po samych opisach Erik mógł wydedukować (a w końcu był detektywem, czyż nie?) o kogo mogło chodzić.
Deska z początku ich rozmowy została odłożona na bok (zbyt płaska niestety, nie przetrwałaby choćby jednego uderzenia z mańki w wykonaniu Miłki), ale pozostałe przygotowali wspólnie. Samuel docinał je, Erik gruntował i potem malował, ostatecznie gdy musiał już iść, okazało się, że wszystkie brakujące szczeble przygotowali wespół szybciej niż Sam planował sobie robotę. Wtedy po raz pierwszy usłyszał od niego "dziękuję" oraz poczuł siłę uścisku dłoni, w ramach okazania wdzięczności. Erik pokazał mu też drogę do zapuszczonej szopy z narzędziami, gdzie była szansa, na znalezienie kilku brakujących do finalnego wbicia dech gwoździ.
Tego dnia mimo kotów, co poszły za płoty, niedźwiedź nie pojawił się na obiedzie, wyszedł jednak zupełnie syty z Warowni Longbottomów po skończonej pracy, z obietnicą wyjątkowego obiadu nad jeziorem.
Tymczasem jednak poranek trwał, a Sam zachęcony pytaniem, odrzucając obawy o to, że Erik pyta jeno kurtuazyjnie, podał mu pędzel i puszkę z bezbarwnym gruntem. Bardzo szybko wszedł też w opowieść o deskach, płotach, gruntach i farbach. O różnym drewnie i różnym jego zastosowaniu. Gdzieś po drodze okazało się, że Corgi to kura, która mieszkała razem z nim w leśniczówce, oraz że to imię przechodnie, bowiem wszystkie kury łażą za nim jak małe psy. Cieśla opowiedział mu również o kilku zabawniejszych zleceniach z Doliny, nie podając co prawda nazwisk, ale po samych opisach Erik mógł wydedukować (a w końcu był detektywem, czyż nie?) o kogo mogło chodzić.
Deska z początku ich rozmowy została odłożona na bok (zbyt płaska niestety, nie przetrwałaby choćby jednego uderzenia z mańki w wykonaniu Miłki), ale pozostałe przygotowali wspólnie. Samuel docinał je, Erik gruntował i potem malował, ostatecznie gdy musiał już iść, okazało się, że wszystkie brakujące szczeble przygotowali wespół szybciej niż Sam planował sobie robotę. Wtedy po raz pierwszy usłyszał od niego "dziękuję" oraz poczuł siłę uścisku dłoni, w ramach okazania wdzięczności. Erik pokazał mu też drogę do zapuszczonej szopy z narzędziami, gdzie była szansa, na znalezienie kilku brakujących do finalnego wbicia dech gwoździ.
Tego dnia mimo kotów, co poszły za płoty, niedźwiedź nie pojawił się na obiedzie, wyszedł jednak zupełnie syty z Warowni Longbottomów po skończonej pracy, z obietnicą wyjątkowego obiadu nad jeziorem.
Koniec sesji