Oczywiście, że mówił zagadkami, nigdy nie potrafił być konkretny ani szczególnie szczery, ale wciąż miał nadzieję. Ten gniew - dobrze mu tak, niechaj tu gniją, niech go wcale nie odkrywa, niech żyją w tym kurwidołku, co sobie zbudowali i się od przynajmniej miesiąca zaczynał obsypywać - to wszystko przykrywało tlącą się iskrę nadziei, która teraz zgasła. Z dźwiękiem świecy gaszonej palcami. Chociaż do tego człowieka bardziej pasowało zgaszenie tej chwili jak papierosa, ale żeby dolać do tego dramatyzmu, nie gasiło się go o betonowy murek, lecz o własne udo.
- Tak - zaczął, tutaj jeszcze całkiem stabilnie, ale kiedy dokończył to krótkim - tak pewnie będzie lepiej - od razu wybrzmiało w tym głębokie, wręcz przeżerające duszę rozczarowanie.
Nie chciał tego, ale głos i tak mu się podłamał, kiedy odwracał zagubione spojrzenie w bok. To był smutek. To był dokładnie ten ton, którym sfrustrowane związkiem żony mówiły „niech ci będzie, zrobimy tak, jak chcesz, wszystko jest okej”, bo nie miały już siły się kłócić, ale tak naprawdę dogłębnie i boleśnie to przeżywały. No bo mu czegoś odmówiono, a tak mu przed chwilą zależało. Co z tego, że sam już nie wiedział, czy chciał tam iść czy nie. Kiedy Alexander złapał go za podbródek i tym samym do powrotu wbitego w niego spojrzenia smutnych, brązowych oczu, Flynn wyglądał trochę, jakby się miał zaraz popłakać, ale nie płakał. Wyraź jego twarzy można było określić jako dumny, ale szybko przeobraził się w zmieszany. Jego emocje znowu zmieniały się jak kalejdoskopie, znowu był tutaj i w siedmiu innych miejscach jednoczenie i żaden z ośmiu Flynnów nie wydawał się być z niczego zadowolony ani skupionym na momencie, w którym razem trwali. Przynajmniej do chwili wspomnienia o byciu szczurem.
- Zginąłbyś tam bardzo szybko - stwierdził. - W Podziemiach. - Brzmiał na wybitnie pewnego siebie, do tego stopnia kiedy stawało się to dla jego osoby nienaturalne, bo przecież on zawsze miał do swoich działań i słów jakieś ale, o ile nie był wzburzony albo nie dotyczyło to wąskiego wachlarza posiadanych umiejętności. Przewidywanie przyszłości do nich nie należało. - Mogę pozwolić ci pobyć dzisiaj zarządcą cyrku. Każ mi zostać.
- Tak - zaczął, tutaj jeszcze całkiem stabilnie, ale kiedy dokończył to krótkim - tak pewnie będzie lepiej - od razu wybrzmiało w tym głębokie, wręcz przeżerające duszę rozczarowanie.
Nie chciał tego, ale głos i tak mu się podłamał, kiedy odwracał zagubione spojrzenie w bok. To był smutek. To był dokładnie ten ton, którym sfrustrowane związkiem żony mówiły „niech ci będzie, zrobimy tak, jak chcesz, wszystko jest okej”, bo nie miały już siły się kłócić, ale tak naprawdę dogłębnie i boleśnie to przeżywały. No bo mu czegoś odmówiono, a tak mu przed chwilą zależało. Co z tego, że sam już nie wiedział, czy chciał tam iść czy nie. Kiedy Alexander złapał go za podbródek i tym samym do powrotu wbitego w niego spojrzenia smutnych, brązowych oczu, Flynn wyglądał trochę, jakby się miał zaraz popłakać, ale nie płakał. Wyraź jego twarzy można było określić jako dumny, ale szybko przeobraził się w zmieszany. Jego emocje znowu zmieniały się jak kalejdoskopie, znowu był tutaj i w siedmiu innych miejscach jednoczenie i żaden z ośmiu Flynnów nie wydawał się być z niczego zadowolony ani skupionym na momencie, w którym razem trwali. Przynajmniej do chwili wspomnienia o byciu szczurem.
- Zginąłbyś tam bardzo szybko - stwierdził. - W Podziemiach. - Brzmiał na wybitnie pewnego siebie, do tego stopnia kiedy stawało się to dla jego osoby nienaturalne, bo przecież on zawsze miał do swoich działań i słów jakieś ale, o ile nie był wzburzony albo nie dotyczyło to wąskiego wachlarza posiadanych umiejętności. Przewidywanie przyszłości do nich nie należało. - Mogę pozwolić ci pobyć dzisiaj zarządcą cyrku. Każ mi zostać.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.