O ile Renigald nie miał w zwyczaju wstawać wcześnie rano, niczym leniwiec wtulony do swojej ulubionej poduszki, tak dzisiejszej nocy go nawet w domu nie było. Czy zaś, w swoim mieszkaniu. Korzystając z majątku rodzinnego, pławił się w luksusie, to pozwalał sobie na dodatkowe atrakcje. A dzisiejszą noc, miał wręcz upojną? Ubojną? Jakkolwiek się to mówi. Spędził te ostatnie długie godziny w burdelu, być może zwanym Rose Noire? Korzystał z każdego. Nawiązywał różne interakcje towarzyskie z właścicielami i zastępcami. Nie określał się, czyją stronę trzyma. Ważne dla nich było, że mogli spełniać jego zachcianki a on płacił. Korzyści. Jakby zbierał znajomości, aby mieć jak ich w przyszłości jak wykorzystywać. Wiedział gdzie na co może sobie pozwolić, a na co nie. U kogo ubije interes, a u kogo wręcz przeciwnie. Były raczkujące lokale, które wymagały niekiedy wsparcia jego nazwiska. Bo przecież kto podskoczy Malfoyowi?
Odziany w białą elegancką koszulę, czarne spodnie i granatową marynarkę. Markowe. Bo przecież go stać. W beżowym letnim płaszczu, przemierzał ulice, z samego rana opuszczając ostatnio odwiedzaną lokalizację, jakby w niej przenocował. W dłoni trzymał swoją ulubioną rzeźbioną laskę. Idealna do wykorzystywania na różne sposoby. Mógł mieć w niej różdżkę, ale po co? Takiej eleganckiego kija, zawsze mającego pod ręką, może w coś transmutować. Albo komuś przywalić.
Zbliżając się do skrzyżowania ulic, alei Horyzontalnej z Nocturnem, gdzie znajdował się sklep jego znajomej, usłyszał krzyk. A w oddali dostrzegł jakiegoś źebraka i niewiastę z koszyczkiem. Uniósł brew ku górze. ”Jak to szło w tych mugolskich powiedzonkach... Czerwony kapturek zgubił się?” – pomyślał. Koszyczek się zgadzał. Ale dziewczyna chyba nic czerwonego na sobie nie miała? Przystanął. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, w jednej dłoni trzymając swoją czarną laskę. Obserwował. Ciekaw był, co dziewczyna zrobi. Zjawiając się na tej ulicy, musiała mieć powód. Ale czy była przygotowana na tutejsze niespodziewane towarzystwo?