Był taki słodki. Taki piękny. Tak słodko teraz umykał oczami, czy delikatnie dobierał słowa i starał się przyjąć na siebie winę za swoje własne przewinienia. Więc dlaczego tak jak zawsze nie potrafił uśmiechnąć się anielsko, otworzyć rąk i powiedzieć, że przecież nic się nie stało? Uśmiechnąć słodko i zapomnieć o wszystkim? Nie mógł tak dłużej. Nie był w stanie tak funkcjonować. Trzymał na dłoni ciężkie, ociekające krwią serce, które biło bardzo mocno, tylko nie rozumiał jego rytmu i nie rozumiał, co tu się dzieje. Nie wierzył w to. Chciał to serce ścisnąć. Chciał je ściskać, żeby krwawiło trochę bardziej - właśnie dla niego. Przed nim. Żeby dołożyć mu cierpienia, ha! Na pewno było go za mało w przeciągu tego miesiąca, prawda? W tej ciszy, w zaginionych słowach, które przecież były takie cenne i powinny im w słodkości i rozkoszy ubarwiać życie codzienne i życie wieczne. Żeby wierzyć w prawdę i ją akceptować, musiałby jeszcze zaakceptować, że Kayden mówił o zauroczeniu, które wcale nie było zajęte tym, że chciał od niego tych odpiętych guzików. Że chciał je zapiąć i chciał... czego on chciał? Palce Laurenta powędrowały do koszuli, przesunął nimi po kołnierzu przez odczuwalny dyskomfort i zsunął nimi do pierwszego guzika, na którym przysięgałby, że nadal czuł odcisk opuszków Kaydena. Tak, kwiat między nimi dopiero kwitł. Stanęli teraz naprzeciw siebie, ten storczyk między nimi. Zasuszony, podgniły, obkopany przez nornice, które naruszyły jego korzenie. Nadal widoczna była zieleń, storczyk wypuścił nowy listek pod wpływem odpowiednich słów. To za mało. Nikt nie chciał liści od storczyka. Każdy chciał jego kwiaty.
- ... byłeś na wyścigach? - W jego głosie pobrzmiał nowy ton - tak chciałabym napisać. Ale on nie był nowy. Był starym, znajomym zaciekawieniem, które przebiło się przez ciężar chwili. Nowy dla tego momentu, ale stary - bo znajomy - dla samego Kaydena. Tak i w oczach pojawił się łagodniejszy blask. Poszedł na wyścigi. Czy jego... - Nie widziałem cię nigdy wcześniej na wyścigach w Anglii. - Powiedział to z pewnością, że ma to sens. Miało. Laurent najeździł się po każdych istotnych wyścigach, w końcu to był biznes jego rodziny i niektóre organizował razem z jej członkami. Ostatnio w ogóle wycofał się z tej branży, w pełni oddał się działalności New Forest. Pytał o to, bo skoro tam był, to... myślałeś o mnie? Czy to wysłane w jednym liście amavi nie było tylko czarem jak alohomora, które miało otworzyć drzwiczki, ale było bezosobowe i niczemu nie służyło? Bardzo chciał w to wierzyć. Tak samo jak bardzo chciał, żeby Kayden nie trzymał teraz dystansu fizycznego między nimi. Ale trzymał. Trzymał i tka się wahał, tak gryzł te swoje piękne wargi, które on sam chciał pogryźć i podotykać. Obracał głowę, kiedy sam chciał złapać jego szczękę i skierować ją tylko na siebie. Chciał podrapać jego plecy, chciał pozwolić zostawić na swoim ciele ślad wędrówki jego ust i palców, chciał... chciał, żeby ta rozmowa skończyła się słodko i uroczo. Chciał uzdrowienia. Chciał, żeby ta rozmowa sprowadziła go do parkietu. Zniszczyła.
Opuścił spojrzenie na trzymaną szklankę. Jego twarz odbijała się tam niewyraźnym cieniem. Czy był cały. Siedział tutaj, w jednym kawałku... ale chyba nie tego dotyczyło pytanie. Nie tego, czy ma teraz sztuczną nogę, czy może musieli mu wyciąć żebro, albo coś równie absurdalnego.
- Kayden... - Nie odpowiedział mu na to pytanie od razu. Chciał, ale jakoś głupie "tak" było... głupie. Banalne. To wypowiedziane imię też było jak zaklęcie. Zabrzmiało smutniej i ciężej, niżby chciał. Trochę się spiął, trochę mocniej zacisnął palce na szklance. Trochę emocji zdradził rumieniec na bladych policzkach. - Ja się naprawdę zakochałem.