Nie da się ukryć, że przez nazwisko mógł w tym szpitalu osiągnąć wszystko. Tylko, czuł, że to było zbyt proste. Zbyt łatwe? Nie miał wyzwań, jakich by chyba oczekiwał. Co prawda, nie miał tu na myśli niezliczonej ilości chorujących pacjentów, aby mieć co robić. Nie o to mu chodziło. Mógł zostać ordynatorem, ale co dalej? Wciąż byłby uwięziony w jednym miejscu. Chciał spróbować czegoś nowego. Nie rezygnując może dosłownie ze szpitala. Chcąc zostawić sobie furtkę do ewentualnego powrotu, gdyby mu się nie udało. Jeszcze z ojcem nie rozmawiał na ten temat. Nie miał pojęcia, jak zareaguje.
Akurat w momencie tej rozmowy, kelner dostarczył ich zamówienie. Makaron w sosie z warzywami, pojawił się przed Laurencem. Pachniało dobrze. Oby tak samo smakowało. Lecz nim on podjął się skosztowania, musiał pierw odpowiedzieć na pytania Camille.
- Myślę, że na początek spróbowałbym w Ministerstwie. Jeżeli się nie uda. Zostanie mi założenie kliniki i zrobienie dodatkowych kursów.Odparł, choć było pewne ”ale”, o którym zaś nie wspomniał. Być może przywiązanie do rodzinnego biznesu. Nie chciał sobie tego odcinać dosłownie i może zostałby wykładowcą? Jako dodatkowy zarobek. Miałby też jakiś punkt zaczepienia, na przyszłość, gdyby w Ministerstwie mu się nie udało i zaczynał od nowa ze swoją kliniką? Miał jeszcze czas na podjęcie odpowiednich kroków.
Skoro już był wyuczony w tym, co umiał dobrze i w jego żyłach płynęła krew uzdrowicieli, nie będzie się marnował. Równie dobrze mógłby zarabiać na tworzeniu eliksirów i maści. Rozwiązań miał przed sobą wiele.
Mimo iż byli w tej restauracji razem, nie musieli aż tak sztywno trzymać się zasad etyki przy stole. Odpowiedniego siedzenia i używania sztućców. Lecz nie tylko te nawyki miała Camille. Również Laurenca tego uczono. Siedzieć prosto, serweta na kolanach. Mężczyzna powinien obsługiwać kobietę. Nalewać wino, odsuwać i przysuwać krzesło. Otwierać drzwi. Tych manier odpowiedniego wychowania, jako facet musiał znać więcej. Nie tylko w teorii, ale i w praktyce. W większości sytuacji kobieta nie musiała nic robić, tylko czekać. Aż dżentelmen zrobi swoje. Tutaj, znając siebie już tyle lat, od niektórych nawyków odeszli. Laurence ujął widelec i nałożył sobie warzywa, skosztował i także był zadowolony. Smakowało dobrze. Gotowane, nie smażone. Dobrze doprawione, nie było za ostre. Wspaniale. Jak na ten odstęp czasu, spisali się odpowiednio.
- To prawda. Również zdecydowałaś się na zmianę kierunku kariery.Przyznał jej rację. Delacour. Nazwisko mówiło niemal wiele. Wywodzą się z Francji. Nie tylko zajmują się wytworem eliksirów, ale także win. Zupełnie inny kierunek, niż u Lestrange. Ale jednak coś wspólnego ich łączy. Kraj. Korzenie jego rodziny także zahaczają o tamte rejony. Nie bez powodu, Laurence wyuczył się do perfekcji języka francuskiego. A jego brat, chciał podejmować nauki w Instytucie Badawczym we Francji.