20.02.2024, 12:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2024, 15:31 przez Brenna Longbottom.)
Nie miała pojęcia, co łączyło Morpheusa i Vakela. Gdyby wiedziała, nie przyszłaby tu nigdy - nie zbliżyłaby się nawet do tego Gabinetu, choćby ją proszono i jej grożono. Nie wiedziała, że wiele lat temu Morpheus skarżył się na nią, że wiecznie jest o krok od rozbicia sobie głowy (wciąż była: to się nie zmieniło, tylko w najbliższych dniach miała wyciągać wraz z Heather Apolla, którego próbowała zeżreć drzewo, bo kazano jej sprawdzać anomalie w Little Hangleton, w Zakazanym Lesie uderzać o pnie i wpadać do dziur, skakać na ludzi z dachów i jako wilk, i jeszcze napatoczył się nawet nieumarły, Brenna po prostu łatwo znajdowała kłopoty, nawet gdy ich nie szukała). Że potem pewnie wuj mógł do tego człowieka narzekać, jak gdy nauczyła się chodzić trochę pewniej uciekła spod jego kurateli, ledwo odwrócił oczy - wszystkie trzy sztuki, że w sposobie w jaki się uśmiechała, można było doszukiwać się ulotnego, rodzinnego podobieństwa.
Dla niej Vakel był po prostu jasnowidzem, choć bez wątpienia bardzo w swoim fachu utalentowanym, celebrytą, nieco ekscentryczną jednostką. Kimś, kto prawdopodobnie miał inne poglądy niż ona i kto z jednej strony należał do tego samego świata, a z drugiej do zupełnie innego. Nie znała go, nie znała jego pierwszej ani drugiej żony, nie znała jego córki, a twarz asystenta rozpoznałaby i to właściwie wszystko. Sądziła, że tak jest z wzajemnością: że dla niego ona jest jedną z nieważnych osób, wchodzących do tego gabinetu, bo nie było w niej przecież niczego, co mogłoby ją na tle innych ludzi wyróżnić. (I tylko uśmiechała się czasem podobnie do swojego ojca, a on uśmiechał się podobnie do Morpheusa: ale nie wiedziała przecież, jak dobrze Vakel zna ten uśmiech.) Nie łączyła ich żadna historia i nie sądziła, że znów zetkną się jeszcze inaczej niż mijając się na jakiejś charytatywnej gali czy na korytarzach Galerii Averych podczas otwierania nowej wystawy.
- Proszę się nie spieszyć - powiedziała tylko, kiedy powiedział, że zaraz wróci.
Czekała cierpliwie.
Nie ruszyła się z fotela, nie próbowała myszkować, nie wierciła się nawet szczególnie. Chociaż Brenna należała do tych, którzy nie lubili marnować czasu i raczej gnała przez życie niż przez nie szła, wiedziała, że są chwile, kiedy trzeba po prostu usiąść spokojnie, bo tego wymaga sytuacja. Przypatrywała się więc tym zegarom i sączyła herbatę, by w końcu jej resztę i rozmiękłe fusy pozostawić na blacie.
Uniosła odrobinę brwi, kiedy Vakel wrócił i podsunął jej stosy prasy i książkę, której – z dużym prawdopodobieństwem – nie zdołałaby zrozumieć. Informacja o wiadomości w pubie sprawiła jednak, że poderwała głowę i spięła całe ciało, jakby przez ułamek sekundy chciała się poderwać, cisnąć tę książkę z powrotem na stolik i wybiec z pomieszczenia, by pognać prosto tam – sprawdzić, czy Vakel ma rację i Brenna faktycznie znajdzie tę informację na ścianie.
Nie zrobiła tego jednak.
Bo mimo wszystko nie awansowała na Detektywa tylko dlatego, że jej rodzina obsiadała Departament od pokoleń, a matka miała znajomości niemal wszędzie.
– Skoro zostawił wiadomość, zakładam, że chciał, żebyśmy ją znaleźli – stwierdziła więc spokojnie, a jej palce przebiegły po okładce podsuniętego jej tomiku. – Chyba że chciałby poczuć się dużo mądrzejszy od nas, ale wtedy ta cała zabawa nie miałaby wielkiego sensu i urwała się tutaj, a włożył w nią trochę za dużo pracy. Pańskim zdaniem, panie Dolohov, ile osób byłoby w stanie odszyfrować tę wiadomość? Jakichś umiejętności poza wiedzy o symbolach do tego potrzeba?
Czy aż tak bardzo wierzył w ministerialnych pracowników?
Zakładał, że w jakiś sposób trafią do odpowiedniej osoby... dlaczego? Ile osób poza Vakelem rozwiązałoby tę zagadkę?
I jeżeli potrzeba było bardzo określonej wiedzy i doświadczenia, aby w ogóle taki kod stworzyć, to poważnie zawężało grono podejrzanych.
Może naprawdę mocno.
Dla niej Vakel był po prostu jasnowidzem, choć bez wątpienia bardzo w swoim fachu utalentowanym, celebrytą, nieco ekscentryczną jednostką. Kimś, kto prawdopodobnie miał inne poglądy niż ona i kto z jednej strony należał do tego samego świata, a z drugiej do zupełnie innego. Nie znała go, nie znała jego pierwszej ani drugiej żony, nie znała jego córki, a twarz asystenta rozpoznałaby i to właściwie wszystko. Sądziła, że tak jest z wzajemnością: że dla niego ona jest jedną z nieważnych osób, wchodzących do tego gabinetu, bo nie było w niej przecież niczego, co mogłoby ją na tle innych ludzi wyróżnić. (I tylko uśmiechała się czasem podobnie do swojego ojca, a on uśmiechał się podobnie do Morpheusa: ale nie wiedziała przecież, jak dobrze Vakel zna ten uśmiech.) Nie łączyła ich żadna historia i nie sądziła, że znów zetkną się jeszcze inaczej niż mijając się na jakiejś charytatywnej gali czy na korytarzach Galerii Averych podczas otwierania nowej wystawy.
- Proszę się nie spieszyć - powiedziała tylko, kiedy powiedział, że zaraz wróci.
Czekała cierpliwie.
Nie ruszyła się z fotela, nie próbowała myszkować, nie wierciła się nawet szczególnie. Chociaż Brenna należała do tych, którzy nie lubili marnować czasu i raczej gnała przez życie niż przez nie szła, wiedziała, że są chwile, kiedy trzeba po prostu usiąść spokojnie, bo tego wymaga sytuacja. Przypatrywała się więc tym zegarom i sączyła herbatę, by w końcu jej resztę i rozmiękłe fusy pozostawić na blacie.
Uniosła odrobinę brwi, kiedy Vakel wrócił i podsunął jej stosy prasy i książkę, której – z dużym prawdopodobieństwem – nie zdołałaby zrozumieć. Informacja o wiadomości w pubie sprawiła jednak, że poderwała głowę i spięła całe ciało, jakby przez ułamek sekundy chciała się poderwać, cisnąć tę książkę z powrotem na stolik i wybiec z pomieszczenia, by pognać prosto tam – sprawdzić, czy Vakel ma rację i Brenna faktycznie znajdzie tę informację na ścianie.
Nie zrobiła tego jednak.
Bo mimo wszystko nie awansowała na Detektywa tylko dlatego, że jej rodzina obsiadała Departament od pokoleń, a matka miała znajomości niemal wszędzie.
– Skoro zostawił wiadomość, zakładam, że chciał, żebyśmy ją znaleźli – stwierdziła więc spokojnie, a jej palce przebiegły po okładce podsuniętego jej tomiku. – Chyba że chciałby poczuć się dużo mądrzejszy od nas, ale wtedy ta cała zabawa nie miałaby wielkiego sensu i urwała się tutaj, a włożył w nią trochę za dużo pracy. Pańskim zdaniem, panie Dolohov, ile osób byłoby w stanie odszyfrować tę wiadomość? Jakichś umiejętności poza wiedzy o symbolach do tego potrzeba?
Czy aż tak bardzo wierzył w ministerialnych pracowników?
Zakładał, że w jakiś sposób trafią do odpowiedniej osoby... dlaczego? Ile osób poza Vakelem rozwiązałoby tę zagadkę?
I jeżeli potrzeba było bardzo określonej wiedzy i doświadczenia, aby w ogóle taki kod stworzyć, to poważnie zawężało grono podejrzanych.
Może naprawdę mocno.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.