20.02.2024, 15:02 ✶
Jego odpowiedzi były oczywiście miło widziane, ale w sumie nie robiłoby wielkiej różnicy, gdyby się nie pojawiły. Sąsiadka przemieszczała się po własnym sposobie postrzegania rzeczywistości, w której jawiła się sama sobie jako wielka kolorowa mgławica, której grawitacja ściągała do siebie wszystko, co mogłoby być piękne lub wartościowe (lub oba). Tak właśnie afirmowała co rano swoje życie i... rzeczywiście była szczęśliwa, albo przynajmniej na taką się zdawała, Neil w końcu nie potrafił czytać aur.
Ze wszystkich rzeczy, w których mogłaby mu pomóc prawdziwie, najprawdopodobniej byłoby to szczęście, akceptacja siebie i znalezienie miłości bez jej szukania. Mogłaby mu pomóc, ale na razie pomogła mu w tym, żeby nie potłukł się, upadając na podłogę. Jego zakurzony dywan odcisnął swoje piętno na miękkich, barwnych, migotliwych cekinami w niektórych miejscach sukniach kobiety, ale nie robiło jej to.
– Oj moje biedactwo... Wyglądasz na kogoś nowego w mieście... – mruknęła z matyczną estymą, bo choć zdarzało jej się spotykać z chłopcami w wieku Neila, to jednak sam zainteresowany nigdy nie wykazywał chęci aby odwiedzić ją choćby na seans spirytystyczny, dlatego zakładała, że nie będzie zakładać tego, co nie bylo wypowiedziane. Tak czy inaczej jego upadek wywołał w niej matczyne instynkty. – Zdecydowanie brakuje Ci kobiecej ręki.– powiedziała delikatnie i absolutnie niedelikatnie zrzuciła go z siebie.
– No dobrze... zobaczmy co da się z tym zrobić... – powiedziała sama do siebie (wszak Neil był nieprzytomny) podnosząc się i wyciągając swoją różdżkę z drzewa jabłoni.
Gdy się obudził, było kilka godzin później. Leżał na kanapie, przykryty kocyczkiem. W jego domu pachniało świeżością (zupełnie nie tak jak ulice Londynu, zauważmy, że ów świeżość była zapachem absolutnie obcym dla Neila). Gdy zdecydował się podnieść, zdał sobie sprawę, że troche boli go głowa, ale... próżno było szukać kaktusa na głowie. Może to był tylko głupi sen? Nie, jednak nie. Po krótkiej inspekcji mieszkania, zdał sobie sprawę, że kurz zniknął. Wszelkie dywany, kanapy, zasłony były absolutnie pozbawione kurzu, roztoczy oraz ich odchodów. Zaslony... te też wygladały inaczej, zielone, w kwietne wzory ze zdobną koronką u dołu. I koc, przecież nie miał patchworkowego koca w kratę owszelkich kolorach, które kojarzył oraz takich, które dziwnie zdawały się być niemożliwe do nazwania. Z pozytywnych rzeczy, znalazł na stoliczku kawowym niewielką różową doniczkę, w której znajdowała się ów magiczna roślina, a obok był pełen talerz Eccles Cakes, niewielkich, oprószonych cukrem pudrem ciasteczek z nadzieniem żurawinowo-rodzynkowym. Był też dołączony niewielki bilecik:
Ze wszystkich rzeczy, w których mogłaby mu pomóc prawdziwie, najprawdopodobniej byłoby to szczęście, akceptacja siebie i znalezienie miłości bez jej szukania. Mogłaby mu pomóc, ale na razie pomogła mu w tym, żeby nie potłukł się, upadając na podłogę. Jego zakurzony dywan odcisnął swoje piętno na miękkich, barwnych, migotliwych cekinami w niektórych miejscach sukniach kobiety, ale nie robiło jej to.
– Oj moje biedactwo... Wyglądasz na kogoś nowego w mieście... – mruknęła z matyczną estymą, bo choć zdarzało jej się spotykać z chłopcami w wieku Neila, to jednak sam zainteresowany nigdy nie wykazywał chęci aby odwiedzić ją choćby na seans spirytystyczny, dlatego zakładała, że nie będzie zakładać tego, co nie bylo wypowiedziane. Tak czy inaczej jego upadek wywołał w niej matczyne instynkty. – Zdecydowanie brakuje Ci kobiecej ręki.– powiedziała delikatnie i absolutnie niedelikatnie zrzuciła go z siebie.
– No dobrze... zobaczmy co da się z tym zrobić... – powiedziała sama do siebie (wszak Neil był nieprzytomny) podnosząc się i wyciągając swoją różdżkę z drzewa jabłoni.
***
Gdy się obudził, było kilka godzin później. Leżał na kanapie, przykryty kocyczkiem. W jego domu pachniało świeżością (zupełnie nie tak jak ulice Londynu, zauważmy, że ów świeżość była zapachem absolutnie obcym dla Neila). Gdy zdecydował się podnieść, zdał sobie sprawę, że troche boli go głowa, ale... próżno było szukać kaktusa na głowie. Może to był tylko głupi sen? Nie, jednak nie. Po krótkiej inspekcji mieszkania, zdał sobie sprawę, że kurz zniknął. Wszelkie dywany, kanapy, zasłony były absolutnie pozbawione kurzu, roztoczy oraz ich odchodów. Zaslony... te też wygladały inaczej, zielone, w kwietne wzory ze zdobną koronką u dołu. I koc, przecież nie miał patchworkowego koca w kratę owszelkich kolorach, które kojarzył oraz takich, które dziwnie zdawały się być niemożliwe do nazwania. Z pozytywnych rzeczy, znalazł na stoliczku kawowym niewielką różową doniczkę, w której znajdowała się ów magiczna roślina, a obok był pełen talerz Eccles Cakes, niewielkich, oprószonych cukrem pudrem ciasteczek z nadzieniem żurawinowo-rodzynkowym. Był też dołączony niewielki bilecik:
Zachowa świeżość tylko tydzień, jeśli chciałbyś robić z niego jakieś maści i odwary. Muszę ciastka na ukojenie nerwów. Na kaczkę przyjdzie już kto inny, ale jeśli miałbyś kiedyś ochotę zajrzeć do mnie i porozmawiać, daj znać rano, a będę mieć drób przygotowany. Do zobaczenia!
Madame Amelie