• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu

Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
20.02.2024, 15:30  ✶  

A song of the sea
Neither quiet nor calm
Searching for love again

Naprawdę nie lubił bólu. Teraz tylko nie wiedział dokładnie, jakiego typu bólu. Blada od stresu i niezdrowego trybu życia skóra była świetna w przyjmowaniu na sobie znamion, które zostaną nań na dłużej, a usta, do niedawna czerwone, zapamiętywały przez długi czas zęby szarpiące miękkie poduszeczki. Był taki ból, który nie tylko dało się polubić - jego dało się pokochać. Taki ból, który dopiero po tym, jak ta miłostka opadnie, jak wygasną emocje, robił się przerażający i rodził pytanie, na ile można sobie pozwolić i ile pozwolisz drugiemu człowiekowi tylko dla chwili ekstazy. Był też taki ból, którego nawet masochiści nie chcieli przyjąć na siebie, bo to ten rodzaj, który nie zostawiał po sobie żadnego znaczka, żadnego siniaka, żadnej blizny. Laurent przeciągnął palcami po swoich odsłoniętych ramionach, na których pojawiły się dreszcze od zimnego podmuchu morskiej bryzy. Dreszcz. To jedyne, co mogło się pojawić od tego bólu. Dreszcz wywołany przerażeniem, że tak bardzo bolało, albo że będzie bolało jeszcze bardziej. Mógł teraz wyczarować dla siebie chociażby koc, mógł wyjść z tej wody, której zimno go nie dotykało, ale zimno wiatru - a i owszem. Mógł wrócić do ciepłego domu, przez kominek. Wykorzystać dany w tym ciele czas lepiej niż na wpatrywaniu się, jak gaśnie słońce. Z myślą, że ból również potrafił tak dogasać. Powoli. Romantyzując piękno zachodu, romantyzując odchodzenie od ciebie części twoich własnych emocji, albo gubiąc się gdzieś pomiędzy i już nie potrafiąc wyłowić żadnej wartościowej rybki z całej tej kry krążącej dookoła. Zagubisz się w pomarańczy, zagubisz się też w lazurze. Niejeden dzielny marynarz zatonął, nawet kiedy szanował Matkę Woda, która dawała błogosławieństwo temu światu jak i przynosiła swój gniew. Siła, nad którą panował tylko księżyc i tylko jego skłonna była ta potęga posłuchać. Ten ból... przed którym odwracasz spojrzenie jak przed rozpryskiem fali na falochronie przed tobą. Ból powodowany strachem. Ból powodowany odrzuceniem. Ból masochistycznie zdawany jednak samemu sobie mimo braku oblubowania w nim. Nie było w tym logiki i nie było w tym niczego zdrowego, na pewno niczego mądrego. Szczególnie, że twarz odwrócona zaraz znowu chciała śledzić słońce. Pietyzm w marazmie równie gładko schodził do podziemi jak wielka Sol, której korona dotykała właśnie słonych skroni Morza.

W morskich falach było coś uświęconego. Słone były ich białe grzbiety, słone były łzy i słona była suknia Afrodyty, która z morskich fal powstała.

Zastanawiał się nad tym bólem. Nie, nie zastanawiał. Ten ból był jak fioletowo-pomarańczowe refleksy słońca i nieba na tafli wody. Pokrywał powierzchnię, a to, co działo się wewnątrz, było ledwo echem, odbiciem. Pieczątką na tle. Słońce, które przemarzało do cna i zimna woda, która ogrzewała w zatajonej ciszy. Wszystko, co działo się pod tafla było tajne. Było czystą fantazją, było tymi pragnieniami, było chorobą. Pożądanie, które przybrało twarz anioła. Zblazowanym ruchem poprawił po raz kolejny włosy, które plątały się wszędzie. Hasały na własnych zasadach, którymi rządziło powietrze, ale nie denerwowały. Było coś nowego i coś przytulnego w tym, że w ogóle mógł je poprawiać. Że jego jeszcze drobniejsze, kobiece ciało mogło się nimi otulić, że były jak jego zasłona - kurtyna teatru, która wyznaczy nam początek i koniec przedstawienia. Choć nie było konkretnych kwestii to był głos. Jego głos. Zupełnie inny, nowy dla niego samego i nie wiedział sam, czy podobał mu się bardziej czy nie. Równie wysoki, równie klarowny, równie donośny. Jak dzwoneczek na wietrze. Skowronek, który zamiast cieszyć się porankiem to śpiewa o tym, że pogodził się już z odejściem. Nie ma łez, nie ma próżnych błagań o zatrzymanie. Niektórych ludzi nie da się zatrzymać. I niektórych sytuacji nie da się zawrócić.

Pieśń selkie brzmiała. Brzmiała z jego gardła nawet wtedy, kiedy obrócił się w kierunku molo i zobaczył z tego drewnianego falochronu, na którym siedział, znajomą sylwetkę. Znajomą twarz. Już nie tą samą. To była teraz twarz, która sprawiła, że serce zabiło nie ze strachu, a jak właśnie ten dzwoneczek. Jak ten skowronek. Dotknęło struny, pociągnęło za nią, wydobyło najpiękniejszą muzykę skrzypiec. Wydobyło z niego jeszcze wyższy ton, jeszcze donośniejszy głos.


Amhrán na Farraige
Suaimhneach nó ciúin
Ag cuardú go damanta*

A on szedł. Ta czarna postać, te wielkie teraz oczy wpatrzone tylko w niego. No kochaj mnie. Kochał. Laurent obrócił się o kilka centymetrów bardziej w jego stronę, ale nie wyciągnął dłoni, którymi się podpierał o kamień, na którym miały się rozbijać fale, żeby zaprosić do tej miłości, do tego śpiewu, do tego tańca. Jedno uderzenie serduszka, wzniosłe i pragnące miłowania, było jednym i ostatnim. Bo to była jednak ta twarz. Ta zniszczona, ta bardziej znajoma niż senna mara (na pewno?). Ale spoglądał teraz na niego prawie tak samo. A może to też była jego fantazja. Jak to, jak bardzo anioł może samolubnie pragnąć miłości dla siebie, tylko dla siebie, żeby...

Flynn po prostu... skoczył. Po prostu skoczył. Nie, nawet nie wskoczył - wszedł. Wszedł w te morskie fale, w niekoniecznie spokojne morze, jakby nie zauważył, że skończył mu się pomost. Źrenice Laurenta otworzyły się szerzej ze zdziwienia i drgnął, jakby chciał skoczyć w morską toń, ale się zatrzymał. Na moment zamarł, no bo przecież... zaraz się wynurzy? Zaraz... Było w tym coś nęcącego, prawda? Poczuł to po raz kolejny. Pierwszy raz tak wyraźnie, kiedy w tak wulgarny, a jednocześnie jakże wyrachowany, sposób powiedziano mu, że przecięcie sobie żył dla niego będzie tylko formalnością. Przecież brzydził się bólem, przemocą, niedobrze było mu na widok krwi. A jednak fantazjował w tamtej chwili niemal tak, jak romantyzować potrafił ból. Jak wiele potrzeba, żeby być czyimś Panem? Żeby móc kontrolować życie i śmierć? Jak miesza się poczucie winy, strach i upajające poczucie władzy w ludzkim umyśle i sercu?

W jego własnym mieszało się to odrobinę za długo, nim w tej czerwonej sukience skoczył w morskie fale. Tej ślicznej sukience, którą chciał zachować na dłużej, tej pięknej, której pewnie się już nie wyratuje od morskiej soli, tej... Tego braku możliwości wyratowania się od chwili, w której jego delikatne, drobne, kobiece dłonie napotkały policzki Flynna pod wodą, unosząc je ku sobie. Te smutne, brązowe oczy. Te brązowe oczy, które widziały tylko szarość. Szarość, która wiodła niebieskie życie. Czy była chociaż malutka kropla lazuru, który dla niego mógłby zabarwić się pomarańczą i fioletem bez smutku i bólu..?

I choć mógłby się tak wpatrywać w niego pod tą wodą, która była mu domem, której ufał, w której nie bał się utraty tchu, to niestety Fleamont nie miał tej łaski. I jeśli się sam nie zorientował, co się dzieje, to Laurent pociągnął go w górę, ponad taflę wody.




* A song of the sea
Neither quiet nor calm
Searching for love again


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (6220), The Edge (5219)




Wiadomości w tym wątku
Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 20.02.2024, 09:10
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 20.02.2024, 15:30
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 24.02.2024, 07:54
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 24.02.2024, 11:21
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 25.02.2024, 11:43
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 25.02.2024, 16:38
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 09.03.2024, 18:32
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 09.03.2024, 20:00
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 09.03.2024, 20:57
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 09.03.2024, 21:23
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 11.03.2024, 17:45
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 11.03.2024, 18:53
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 11.03.2024, 21:46
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez Laurent Prewett - 12.03.2024, 06:33
RE: Lato 1972, 11 lipca // Miał piękny pogrzeb na dnie oceanu - przez The Edge - 14.03.2024, 19:30

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa