20.02.2024, 18:44 ✶
Geraldine miała to szczęście, że Florence świeżo wróciła z dyżuru. Jak niemal zwykle została równo godzinę dłużej – trzydzieści minut z powodu „obsunięcia” w przyjęciach pacjentów, a kolejne trzydzieści, aby posprzątać swój gabinet i upewnić się, że w dokumentach panuje idealny porządek. Dotarła na Horyzontalną równo pięć minut przed przybyciem Yaxley i zdążyła w tym czasie akurat się przebrać.
Wejście do kamienicy Bulstrodów było przemyślnie ukryte, ale akurat Geraldine wiedziała, gdzie się znajduje, a skrzat domowy ją znał i otworzył drzwi, ledwo ta zapukała, a potem…
- P…panienko Florence!!! – wykrzyknął na jej widok, tak głośno, jak tylko pozwalał piskliwy, skrzaci głosik.
Sekundę później na schodach rozległ się tupot.
Florence Bulstrode nie lubiła biegać. Unikała wszelkich sportów pilnie, odkąd była małą dziewczynką. Nie pływała, nie grała w quidditcha, nie latała na miotle. Nie ganiała po hogwarckich korytarzach i absolutnie jedyne, na co była skłonna sobie pozwolić, to rzucenie kilku śnieżek, zwykle z młodszym kuzynostwem. Ale kiedy ktoś krzyczał w ten sposób, to zwykle oznaczało „medyk potrzebny natychmiast”. Gdy wzywano ją tak w rodzinnej kamienicy: ktoś z domowników potrzebował natychmiastowego leczenia.
Nie chodziło może o domownika, ale Florence była z tym wnioskiem całkiem blisko.
– Geraldine! – wyrwało się jej, a Bulstrode krzyczała bardzo, bardzo rzadko. Dłoń mimowolnie uniosła do serca, a jej jasne oczy otworzyły się szerzej, bo w pierwszej chwili pomyślała oczywiście, że to wszystko, to krew Yaxley. Po jakiejś sekundzie jednak włączył się jej umysł uzdrowicielki: Geraldine stała, nie chwiała się, to co dostrzegła Florence na jej ubraniu wyglądało jak wnętrzności raczej nieludzkie. Dlatego kolejne słowa dodała już odrobinę spokojniej. – Wejdź do środka. Jak bardzo jesteś ranna?
Zawahała się na ułamek sekundy. Gdyby Geraldine wyglądała, jakby miała zaraz stracić przytomność albo się wykrwawić, Florence wzięłaby ją po prostu do salonu. Jej zamiłowanie do ładu i porządku było wielkie, ale wbrew pozorom Bulstrode umiała znieść brud – była uzdrowicielką, ręce kobiety nieraz już znaczyły krew, żółć i ropa. Jeżeli jednak Yaxley nie była aż tak ranna, nie było powodu brudzić dywanów i, o zgrozo, kanapy.
– Targeo – oświadczyła Florence, unosząc różdżkę i celując w Geraldine. Krwi i innych świństw było za dużo, aby jedno zdjęcie mogło je wszystkie usunąć, ale część juchy zniknęła i przynajmniej teraz łowczyni… nie ociekała. – Spróbuj niczego nie dotykać. Idziemy do łazienki – zarządziła, ruszając do tej łazienki położonej na parterze.
Wejście do kamienicy Bulstrodów było przemyślnie ukryte, ale akurat Geraldine wiedziała, gdzie się znajduje, a skrzat domowy ją znał i otworzył drzwi, ledwo ta zapukała, a potem…
- P…panienko Florence!!! – wykrzyknął na jej widok, tak głośno, jak tylko pozwalał piskliwy, skrzaci głosik.
Sekundę później na schodach rozległ się tupot.
Florence Bulstrode nie lubiła biegać. Unikała wszelkich sportów pilnie, odkąd była małą dziewczynką. Nie pływała, nie grała w quidditcha, nie latała na miotle. Nie ganiała po hogwarckich korytarzach i absolutnie jedyne, na co była skłonna sobie pozwolić, to rzucenie kilku śnieżek, zwykle z młodszym kuzynostwem. Ale kiedy ktoś krzyczał w ten sposób, to zwykle oznaczało „medyk potrzebny natychmiast”. Gdy wzywano ją tak w rodzinnej kamienicy: ktoś z domowników potrzebował natychmiastowego leczenia.
Nie chodziło może o domownika, ale Florence była z tym wnioskiem całkiem blisko.
– Geraldine! – wyrwało się jej, a Bulstrode krzyczała bardzo, bardzo rzadko. Dłoń mimowolnie uniosła do serca, a jej jasne oczy otworzyły się szerzej, bo w pierwszej chwili pomyślała oczywiście, że to wszystko, to krew Yaxley. Po jakiejś sekundzie jednak włączył się jej umysł uzdrowicielki: Geraldine stała, nie chwiała się, to co dostrzegła Florence na jej ubraniu wyglądało jak wnętrzności raczej nieludzkie. Dlatego kolejne słowa dodała już odrobinę spokojniej. – Wejdź do środka. Jak bardzo jesteś ranna?
Zawahała się na ułamek sekundy. Gdyby Geraldine wyglądała, jakby miała zaraz stracić przytomność albo się wykrwawić, Florence wzięłaby ją po prostu do salonu. Jej zamiłowanie do ładu i porządku było wielkie, ale wbrew pozorom Bulstrode umiała znieść brud – była uzdrowicielką, ręce kobiety nieraz już znaczyły krew, żółć i ropa. Jeżeli jednak Yaxley nie była aż tak ranna, nie było powodu brudzić dywanów i, o zgrozo, kanapy.
– Targeo – oświadczyła Florence, unosząc różdżkę i celując w Geraldine. Krwi i innych świństw było za dużo, aby jedno zdjęcie mogło je wszystkie usunąć, ale część juchy zniknęła i przynajmniej teraz łowczyni… nie ociekała. – Spróbuj niczego nie dotykać. Idziemy do łazienki – zarządziła, ruszając do tej łazienki położonej na parterze.