20.02.2024, 18:55 ✶
Filozoficzny nastrój nie do końca udzielał się wilkołakowi, ale i tak słuchał uważnie, bo wbrew pozorom sprawy były niezwykle przyziemne. Wydawało się mu, że za dużo myśli krążyło w głowie czarodzieja, nie pierwszy raz. Po to tu był, żeby go wysłuchać.
-Zazwyczaj.-odpowiedział jedynie krótko na pytanie o wiek. Powinna to być co najmniej połowa życia, ale różnie bywa i choć to normalne, że dzieci widzą śmierć swoich rodziców, tak nie do końca to akceptował.
Zaśmiał się lekko na jego słowa jedynie wydychając szybciej powietrze nosem.
-Nie mam aż takiego kominka... Z resztą nie wiem czy mieszkam tam na stałe. Ostatnio i tak mam wrażenie, że więcej czasu spędzam w domu ciotki niż w Londynie.-choroba nie odpuszczała i czując, jak lepiej nie będzie, chciał spędzić z ojcem ostatnie chwile jakie ma on na tym świecie. Westchnął ciężko, zastanawiając się czy czułby się komfortowo z myślą, że ktoś może nagle pojawić się w jego mieszkaniu. Z drugiej strony gdyby to Morpheus się pojawiał, chyba nie miałby nic przeciwko.
Słuchał go dalej, obserwował jego dłoń wędrującą od doniczki do miękkich ust wypowiadających przygnębiające słowa.
-Dobre zakończenie nie istnieje. Zawsze ktoś umrze pierwszy, zawsze będzie samotność, tęsknota i rozczarowanie, ale chyba nie chodzi o to żeby zakończenie było dobre, tylko żeby historia miała w sobie jak najwięcej dobrych momentów.-wymruczał, patrząc na niego.-A jeśli chodzi o bezpieczne miejsce, to jest ich wiele na ziemi... Nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć kolejne, takie jakie ty chcesz.-w końcu ten ogród też kiedyś był pobojowiskiem gdzie odbywały się wojny, grasowały dzikie zwierzęta. Później ktoś uznał, ze chce tu zamieszkać i po latach starań można tu spokojnie odetchnąć, rozluźnić się i opuścić gardę.
-Zgaś papierosa i chodź do mnie.-zaproponował, wyciągając do niego rękę, prosząc o podejście i ułożenie się obok. Chciał go okryć kołdrą, dotknąć, objąć, odpędzić złe i natrętne myśli, aby skupił się na oddechu i biciu serca.
-I nie jestem wolny. Nikt nie jest.- powiedział cicho.-Nie mogę wyjechać nigdzie daleko. Widnieję w jakimś rejestrze i co chwila słyszę, że jest on po to, aby kiedyś ktoś po cichu wykreślił z niego moje nazwisko wpisując za powód mojego zniknięcia "wypadek". Co miesiąc muszę grzecznie się zgłaszać do zamknięcia mnie, żebym nikogo w czasie pełni nie zabił... Między pracą, a mieszkaniem jeżdżę do domu licząc, że nie zastanę w drzwiach płaczącej mamy...-nie mówił tego z wyrzutem, nie żalił się, po prostu wyliczał, jakby liczył owoce na gałęziach jabłoni.-Nie wszystko można w życiu zmienić czy polepszyć, z niektórymi jego aspektami trzeba żyć. Może w kolejnym życiu będzie lepiej.-wyszeptał cicho swoje nadzieje, głaszcząc go czule po włosach, powoli, zaczesując sprężyste fale za ucho.
-Zazwyczaj.-odpowiedział jedynie krótko na pytanie o wiek. Powinna to być co najmniej połowa życia, ale różnie bywa i choć to normalne, że dzieci widzą śmierć swoich rodziców, tak nie do końca to akceptował.
Zaśmiał się lekko na jego słowa jedynie wydychając szybciej powietrze nosem.
-Nie mam aż takiego kominka... Z resztą nie wiem czy mieszkam tam na stałe. Ostatnio i tak mam wrażenie, że więcej czasu spędzam w domu ciotki niż w Londynie.-choroba nie odpuszczała i czując, jak lepiej nie będzie, chciał spędzić z ojcem ostatnie chwile jakie ma on na tym świecie. Westchnął ciężko, zastanawiając się czy czułby się komfortowo z myślą, że ktoś może nagle pojawić się w jego mieszkaniu. Z drugiej strony gdyby to Morpheus się pojawiał, chyba nie miałby nic przeciwko.
Słuchał go dalej, obserwował jego dłoń wędrującą od doniczki do miękkich ust wypowiadających przygnębiające słowa.
-Dobre zakończenie nie istnieje. Zawsze ktoś umrze pierwszy, zawsze będzie samotność, tęsknota i rozczarowanie, ale chyba nie chodzi o to żeby zakończenie było dobre, tylko żeby historia miała w sobie jak najwięcej dobrych momentów.-wymruczał, patrząc na niego.-A jeśli chodzi o bezpieczne miejsce, to jest ich wiele na ziemi... Nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć kolejne, takie jakie ty chcesz.-w końcu ten ogród też kiedyś był pobojowiskiem gdzie odbywały się wojny, grasowały dzikie zwierzęta. Później ktoś uznał, ze chce tu zamieszkać i po latach starań można tu spokojnie odetchnąć, rozluźnić się i opuścić gardę.
-Zgaś papierosa i chodź do mnie.-zaproponował, wyciągając do niego rękę, prosząc o podejście i ułożenie się obok. Chciał go okryć kołdrą, dotknąć, objąć, odpędzić złe i natrętne myśli, aby skupił się na oddechu i biciu serca.
-I nie jestem wolny. Nikt nie jest.- powiedział cicho.-Nie mogę wyjechać nigdzie daleko. Widnieję w jakimś rejestrze i co chwila słyszę, że jest on po to, aby kiedyś ktoś po cichu wykreślił z niego moje nazwisko wpisując za powód mojego zniknięcia "wypadek". Co miesiąc muszę grzecznie się zgłaszać do zamknięcia mnie, żebym nikogo w czasie pełni nie zabił... Między pracą, a mieszkaniem jeżdżę do domu licząc, że nie zastanę w drzwiach płaczącej mamy...-nie mówił tego z wyrzutem, nie żalił się, po prostu wyliczał, jakby liczył owoce na gałęziach jabłoni.-Nie wszystko można w życiu zmienić czy polepszyć, z niektórymi jego aspektami trzeba żyć. Może w kolejnym życiu będzie lepiej.-wyszeptał cicho swoje nadzieje, głaszcząc go czule po włosach, powoli, zaczesując sprężyste fale za ucho.