Spożywała takich mężczyzn jak on na śniadanie; ten jednak, mikra jednostka wobec bezmiaru wszechświata, w którym tak się kochała, zasiewał ciekawość gdzieś na samym dnie nieprzejednanego serca. Urokliwość zaklęta w czystej perfidii; złość opiewająca wielokrotnie delikatność, niewinność niemal, jej gestów. Przy nim niemal zapominała, jak zła u szpiku kości jest. Głęboki wdech miał ją otrzeźwić, sprowadził jednak wyłącznie na sielskie manowce, gdyż zakręciło jej się w głowie niemrawo. Nie na tyle, aby mógł to dostrzec; na tyle, że w jej głowie zadziało się niepoukładanie i nietrzeźwo. A przecież nie wypiła w cale nagminnie dużo – karmazynowe wino pasowało barwą do jej warg, po których ślad został na ściance kieliszka.
Chcę, abyś mi patrzył w oczy.
Zatrzepotała więc rzęsami, pozwalając membranie powiek otulić piwne wejrzenie kilkukrotnie – na ogół to działało doskonale; on jednak nie był typowym dżentelmenem, nie była w prawdzie pewna, czy w ogóle nim był. Bycie adorowaną nosiło słodki posmak, było jednak w lwiej części nudne.
Była słodka jak cukierek, jednak wciąż była w stanie utknąć w krtani.
Podążała wzrokiem za wszystkimi jego gestami, ubierając je w zawoalowaną kokieterię. Atmosfera między nimi gwałtownie zgęstniała, jakby sam eter chciał ją udusić w swoim żywym zaintrygowaniu. Nie potrzebowała narkotyków, tak długo, jak posiadała jego uwagę.
– Loretta, ale to pan wie – odparła, przywdziewając na czerwień warg urokliwy uśmiech – ten, który ukazywał odrobinę nierówne kły i podkreślał wielokroć piegi uwydatniające się na nosie i rumianych policzkach.
Loretta się nie rumieniła; nie bez okazji.
Mimowolnie podążyła za nim, a gdy znaleźli się pod galerią, zaoferowała mu zapalniczkę, której płomień prędko zajął ognistym oczkiem jego papierosa. Najpierw jednak sama otuliła wargami bibułkę, zaciągając się nikotynową rozkoszą – jakby miał to być ostatni raz.
Uwielbiała ostatnie rzeczy. Ostatnie pocałunki, ostatnie uśmiechy, ostatnie dygnięcia, ostatnie oddechy, ostatni dotyk…
Chciała, aby był ostatni. Nie tylko w swojej uzurpatorskiej grze; uniosła spojrzenie sarnich tęczówek, w których szklił się heban, ku niemu, tylko po to, aby zamknąć go w okowach swojej wykwintnej gry. Manipulacja nigdy jej nie męczyła, a bycie adorowaną traktowała jako chleb powszedni – on jednak zawierał w sobie nuty dotychczasowo jej obce.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it