20.02.2024, 20:47 ✶
Tak. Takie rozmowy zdecydowanie łatwiej prowadziło się w myślach. I tak, zapewne o wiele lepszym rozwiązaniem było zamknięcie gęby na kłódkę i nieprzyznawanie się w jakikolwiek sposób do swojej tożsamości, ale…
… trafiały się momenty, gdy miało się już czegoś dość.
Dalsze brnięcie w życie, jakie wiodła w ciele Carrow okazywało się być czymś, czego nie tyle nie chciała (w zasadzie to trudno powiedzieć, żeby w ogóle jej odpowiadał ten burdel), co po prostu czymś, co już wyczerpało jej wytrzymałość. Ale porzucenie tego nie okazywało się jakoś specjalnie łatwe, nawet jeśli czuła, że pewien ciężar spadał jej z barków. Choćby z tego względu, że jego miejsce koniec końców zajmował inny...
- Tylko że właśnie nikt mi nie musiał tego mówić. I nie mówił - pokręciła powoli głową. Z boku zapewne mogłoby to wyglądać tak, że szła w zaparte, ale... wcale nie musiała. Bo taka była - czy tego się chciało czy nie - prawda. Inna sprawa, że na pierwszy rzut oka brzmiała jak kłamstwo. I jakby się zastanowić... to czy gdyby odwrócić sytuację - sama potrafiłaby uwierzyć? Że wrócił zza grobu, że posiadł nowe ciało? W zasadzie to nie znała odpowiedzi na to pytanie i możliwe, że próbując rozgryźć swój problem, ostatecznie nie wzięła tego aspektu pod uwagę.
- I co miałabym osiągnąć takim „żartem”? – spytała retorycznie, wodząc za Patrickiem spojrzeniem. Tak, Carrow była pierdolnięta. Tak, tę prawdziwą zapewne byłoby stać na taki „dowcip”; cierpienie innych było ledwie fraszką, z której można się naigrawać, ile tylko wlezie. Ale coś takiego nie prowadziłoby donikąd, co najwyżej nad skaliste urwisko, powstałe w wyniku zerwania rodzącego się (chyba że i tu się myliła) porozumienia pomiędzy nimi.
I gdyby nie odebrał jej różdżki, to niewykluczone, że zapewne mogłaby sobie całkiem ładnie poradzić. W końcu czym się na co dzień zajmowała? Grzebaniem w ludzkich umysłach, prawda? Więc głównie kwestia odpowiedniego nakłonienia odpowiednich ludzi; tak, tu by sobie zapewne mogła poradzić. Co nie znaczyło, że chciała – bo byłoby to równoznaczne z przekreśleniem wszystkiego, co w sobie nosiła od dawna. Więc nie, nie było żadnych wywodów, że jest dużą dziewczynką. Że jak nie chce, to nie ma sprawy – oddaj tylko pan kijek i się już nigdy nie widzimy. A może nawet jeszcze ci poprzestawiam mebelki i nie będziesz pamiętał tego spotkania…
Więc tak – tu i teraz potrzebowała pomocy, co ostatecznie przyznała na głos, również wstając z ławki. I zamykając zaraz potem umysł za barierami; nigdy nie wiadomo, kto i gdzie patrzy.
Nie do końca mogła mieć pewność, co się teraz wydarzy, ale nie miała zamiaru wycofywać się z podjętej decyzji; aktualnie istniała tylko jedna ścieżka, którą miała podążyć. Ścieżka, którą wytyczał teraz Patrick.
I choć odrzuciła swą maskę, to nie szło pozbyć się wrażenia, że ta wróciła sama, niczym bumerang. To, co kryło się pod nią, nadal pozostawało niedostrzegane. Ale może w końcu? Nie-Carrow dostrzegała jeszcze iskierkę nadziei, sugerującą iż może nieprawdziwe oblicze koniec końców faktycznie spadnie. Może. Oby.
Chyba że jednak Steward zdecyduje się wydać ją w ręce aurorów, a stąd już krótka droga do wpadnięcia w objęcia Voldemorta i jego stronników...
… trafiały się momenty, gdy miało się już czegoś dość.
Dalsze brnięcie w życie, jakie wiodła w ciele Carrow okazywało się być czymś, czego nie tyle nie chciała (w zasadzie to trudno powiedzieć, żeby w ogóle jej odpowiadał ten burdel), co po prostu czymś, co już wyczerpało jej wytrzymałość. Ale porzucenie tego nie okazywało się jakoś specjalnie łatwe, nawet jeśli czuła, że pewien ciężar spadał jej z barków. Choćby z tego względu, że jego miejsce koniec końców zajmował inny...
- Tylko że właśnie nikt mi nie musiał tego mówić. I nie mówił - pokręciła powoli głową. Z boku zapewne mogłoby to wyglądać tak, że szła w zaparte, ale... wcale nie musiała. Bo taka była - czy tego się chciało czy nie - prawda. Inna sprawa, że na pierwszy rzut oka brzmiała jak kłamstwo. I jakby się zastanowić... to czy gdyby odwrócić sytuację - sama potrafiłaby uwierzyć? Że wrócił zza grobu, że posiadł nowe ciało? W zasadzie to nie znała odpowiedzi na to pytanie i możliwe, że próbując rozgryźć swój problem, ostatecznie nie wzięła tego aspektu pod uwagę.
- I co miałabym osiągnąć takim „żartem”? – spytała retorycznie, wodząc za Patrickiem spojrzeniem. Tak, Carrow była pierdolnięta. Tak, tę prawdziwą zapewne byłoby stać na taki „dowcip”; cierpienie innych było ledwie fraszką, z której można się naigrawać, ile tylko wlezie. Ale coś takiego nie prowadziłoby donikąd, co najwyżej nad skaliste urwisko, powstałe w wyniku zerwania rodzącego się (chyba że i tu się myliła) porozumienia pomiędzy nimi.
I gdyby nie odebrał jej różdżki, to niewykluczone, że zapewne mogłaby sobie całkiem ładnie poradzić. W końcu czym się na co dzień zajmowała? Grzebaniem w ludzkich umysłach, prawda? Więc głównie kwestia odpowiedniego nakłonienia odpowiednich ludzi; tak, tu by sobie zapewne mogła poradzić. Co nie znaczyło, że chciała – bo byłoby to równoznaczne z przekreśleniem wszystkiego, co w sobie nosiła od dawna. Więc nie, nie było żadnych wywodów, że jest dużą dziewczynką. Że jak nie chce, to nie ma sprawy – oddaj tylko pan kijek i się już nigdy nie widzimy. A może nawet jeszcze ci poprzestawiam mebelki i nie będziesz pamiętał tego spotkania…
Więc tak – tu i teraz potrzebowała pomocy, co ostatecznie przyznała na głos, również wstając z ławki. I zamykając zaraz potem umysł za barierami; nigdy nie wiadomo, kto i gdzie patrzy.
Nie do końca mogła mieć pewność, co się teraz wydarzy, ale nie miała zamiaru wycofywać się z podjętej decyzji; aktualnie istniała tylko jedna ścieżka, którą miała podążyć. Ścieżka, którą wytyczał teraz Patrick.
I choć odrzuciła swą maskę, to nie szło pozbyć się wrażenia, że ta wróciła sama, niczym bumerang. To, co kryło się pod nią, nadal pozostawało niedostrzegane. Ale może w końcu? Nie-Carrow dostrzegała jeszcze iskierkę nadziei, sugerującą iż może nieprawdziwe oblicze koniec końców faktycznie spadnie. Może. Oby.
Chyba że jednak Steward zdecyduje się wydać ją w ręce aurorów, a stąd już krótka droga do wpadnięcia w objęcia Voldemorta i jego stronników...
Koniec sesji