Jej pożądanie zawierało się w niemej egzaltacji; rozczulającej wręcz, narcystycznej konieczności – obserwowała go zwolna, tak, jakby miała już drugi raz nie nawyknąć do jego rysów. Sunęła wzrokiem po wydatnych ustach, nosie, tnącej głębi jego oczu, która zdawała się odbierać ostatnie tchnienie z jej piersi. Wrażliwość utkana na połach nieskończonej niebanalności, mentalna bolączka i błaganie, aby nie odchodził. Fascynacja czyniła ją szaloną, odrobinę zdezorientowaną, jednak nade wszystko – szalenie ciekawską.
Może dlatego właśnie myślała, jak smakuje.
Przekrzywiła głowę nieznacznie – jakby starała się zanalizować coś, co nie poddawało się w żaden sposób ramom. W tym momencie istniał tylko on i jego zaklęte w niebycie oblicze; ta jedna milionowa wszechświata, która ubierała jego sylwetkę w tchnięcie ekstazy. Westchnięcia nie należały do jej uwertury, tym razem jednak, gdy otulał wargami bibułkę papierosa, znaczoną karmazynem jej szminki, coś w niej drgnęło. Nie dawała po sobie poznać, a jednak pąs zakwitł urokliwie na jej policzkach, jakby była młodą nimfą leśną, po raz pierwszy dotkniętą przez mężczyznę.
Nie była w końcu femme fatale, a jej kowalne w obróbce emocje, każdorazowo rozpadały się jak strącony z półki wazon – nie mogąc ponownie znaleźć miejsca przylegania, bezpowrotnie nie odnajdując tego, czym były kiedyś.
Bo emocje zawsze były niewiadome i zawsze ściągały nieszczęście.
Jego usta były niewymownym nieszczęściem. Bo gdy gwałtownie docisnął swoje wargi do jej, tchnienie zamarło jej w płucach. Smakował papierosami i czymś nieokreślonym, całkiem możliwe, że jej żarliwą ciekawością. Wspięła się na czubki palców, odwzajemniając pocałunek – tak jakby był jedynym, co utrzymywało ją na powierzchni ziemi. Stoczyła się w miękkie nieistnienie a jego palce zaciskające się na jej talii przyjemnie bolały.
Był to jeden z przyjemniejszych bóli, jakich doświadczyła. Agresja w końcu od zawsze ją pociągała.
– Jeśli masz ochotę napić się czegoś mocniejszego, możemy iść na tyły galerii – wydusiła z siebie po chwili, odrywając się od jego ust.
Dlaczego to było takie trudne?
Gdy weszli tylnymi drzwiami do swoistego magazynu, w którym znalazło się także miejsce na dwa fotele, stanęła przy niewielkim stoliku, na którym była na wpół opróżniona butelka ognistej. Złapała dwie szklanki, wypełniając je cieczą i jedną z nich podała Morpheusowi.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it