02.12.2022, 04:00 ✶
Kiedy Brennę pochłonęło widmowiedzenie, Patrick przystanął przed ścianą, na której były zawieszone prace Lyndona. Chłopiec dużo rysował. I chociaż jego rysunki wyglądały jak typowe rysunki ośmioletniego dziecka, było coś przykrego w obserwowaniu rakiet kosmicznych, samochodów i obrazków przedstawiających (chyba) jego i matkę.
Steward nie musiał posiadać szczególnego talentu, żeby dostrzec jak bardzo ten dom był przepełniony wyrwaną z niego przymusem dwójką ludzi. Poczuł, że zaczęła boleć go od myślenia o tym głowa. Dwoma palcami dotknął nasady nosa i zaczął ją rozmasowywać.
- Czyli to przede wszystkim porwanie – podsumował, zbliżając się do łóżka. Pierre. Pierre. Pierre. Kompletnie nic mu to nie mówiło. Dziadek Lyndona nie wspominał o tym, żeby wnuk miał drugie, francuskie imię. Choć oczywiście trzeba będzie go o to zapytać. I w ogóle przepytać.
Przykucnął przy łóżku, a potem wyciągnął z kieszeni pustą, przezroczystą fiolkę i nabrał do niej różdżką trochę lepiącej się mazi. Była tak gęsta, że wlanie jej dziecku do gardła musiałoby być bardzo trudne. Z drugiej strony, jej niewielkie ilości znajdowały się także na prześcieradle, leżała prawie miesiąc w tym miejscu i pewnie tylko przez zawarte w niej magiczne składniki nie wyparowała zupełnie.
- Myślisz, że to może być ta mikstura? – zainteresował się. Podniósł fiolkę do światła. Przyglądał się jej uważnie. Była złocista, jak żywica brzozy. Tylko zupełnie bezwonna. – Od tego czym to jest, może zależeć, co chcieli zrobić z dzieckiem. Czemu Pierre? – zapytał sam siebie, ale kolejne słowa skierował ku Brennie. – To się nie styka z tym, co powiedziałaś wcześniej. Jeśli Emily znała się z nimi, z pewnością wiedzieli, jak ma na imię jej syn.
A mimo to kobieta nazwała go Pierrem.
- Jest coś jeszcze, co chciałabyś sprawdzić? Albo co przychodzi ci do głowy? – dopytał, znowu sięgając do kieszeni spodni. Tym razem po to by wyciągnąć paczkę zwykłych chusteczek higienicznych. Podał je czarownicy. – Tak, wiem, że istnieje magia – sprostował, zanim zdążyła mu odmówić. – Muszę zabrać stąd możliwie najnowsze zdjęcia Emily i jej syna. Nawet jeśli zginęła, może uda się odnaleźć jej ciało. – O ile nie zostało magicznie spalone, zakopane głęboko w ziemi lub transmutowane w jakiś kompletnie losowy przedmiot. – Trzeba też przepytać jej sąsiadów. Postawić na głowie trochę ludzi w ministerstwie i powiadomić starego Hilla, że jego córka nie żyje a wnuk zaginął - podsumował.
Steward nie musiał posiadać szczególnego talentu, żeby dostrzec jak bardzo ten dom był przepełniony wyrwaną z niego przymusem dwójką ludzi. Poczuł, że zaczęła boleć go od myślenia o tym głowa. Dwoma palcami dotknął nasady nosa i zaczął ją rozmasowywać.
- Czyli to przede wszystkim porwanie – podsumował, zbliżając się do łóżka. Pierre. Pierre. Pierre. Kompletnie nic mu to nie mówiło. Dziadek Lyndona nie wspominał o tym, żeby wnuk miał drugie, francuskie imię. Choć oczywiście trzeba będzie go o to zapytać. I w ogóle przepytać.
Przykucnął przy łóżku, a potem wyciągnął z kieszeni pustą, przezroczystą fiolkę i nabrał do niej różdżką trochę lepiącej się mazi. Była tak gęsta, że wlanie jej dziecku do gardła musiałoby być bardzo trudne. Z drugiej strony, jej niewielkie ilości znajdowały się także na prześcieradle, leżała prawie miesiąc w tym miejscu i pewnie tylko przez zawarte w niej magiczne składniki nie wyparowała zupełnie.
- Myślisz, że to może być ta mikstura? – zainteresował się. Podniósł fiolkę do światła. Przyglądał się jej uważnie. Była złocista, jak żywica brzozy. Tylko zupełnie bezwonna. – Od tego czym to jest, może zależeć, co chcieli zrobić z dzieckiem. Czemu Pierre? – zapytał sam siebie, ale kolejne słowa skierował ku Brennie. – To się nie styka z tym, co powiedziałaś wcześniej. Jeśli Emily znała się z nimi, z pewnością wiedzieli, jak ma na imię jej syn.
A mimo to kobieta nazwała go Pierrem.
- Jest coś jeszcze, co chciałabyś sprawdzić? Albo co przychodzi ci do głowy? – dopytał, znowu sięgając do kieszeni spodni. Tym razem po to by wyciągnąć paczkę zwykłych chusteczek higienicznych. Podał je czarownicy. – Tak, wiem, że istnieje magia – sprostował, zanim zdążyła mu odmówić. – Muszę zabrać stąd możliwie najnowsze zdjęcia Emily i jej syna. Nawet jeśli zginęła, może uda się odnaleźć jej ciało. – O ile nie zostało magicznie spalone, zakopane głęboko w ziemi lub transmutowane w jakiś kompletnie losowy przedmiot. – Trzeba też przepytać jej sąsiadów. Postawić na głowie trochę ludzi w ministerstwie i powiadomić starego Hilla, że jego córka nie żyje a wnuk zaginął - podsumował.