21.02.2024, 01:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 14:50 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
—11/07/1972—
Bazar Lovegoodów, Dolina Godryka
Erik Longbottom & Samuel Carrow
Prosty przydział to zarazem nagroda za dotychczasowe starania i ostrzeżenie, że najgorsze może być dopiero przed tobą. Erik niejednokrotnie słyszał podobnie powiedzonka w swoich pierwszych latach w Brygadzie Uderzeniowej. Można było doszukiwać się tutaj poniekąd związków z tym że oficerowie sił bezpieczeństwa Ministerstwa Magii nie powinni być non stop przydzielani do trudnych, wyczerpujących przypadków.
Ile można było babrać się w zaginięciach, porwaniach, poszukiwaniach czy krwawych dochodzeniach? Gdyby wszyscy od początku do końca swej służby zajmowali się jednym typem śledztw, to popadliby w obłęd. Czy taki był powód, dla którego tak wielu pracowników miało swoich prywatnych magipsychoterapeutów i psychologów? Zbyt duży ciężar wieloletniej kariery? Młody Longbottom miał nadzieję, że nie zasmakuje tego tak szybko. Czasem wpadały mu sprawy okropne, traumatyzujące wręcz, jednak od niektórych łatwo było się zdystansować. Przynajmniej na jakiś czas. Ale były też inne: pozornie proste, które wymagały pojawienia się na miejscu, spisania zeznań i wezwania techników z powozem transportowym.
To miała być jedna z tych spraw. O ile ten chłopak powie w ogóle coś ciekawego, pomyślał, wgapiając się w młodego Carrowa, z którym próbował się dogadać od dobrych kilku minut. Nie miał pojęcia, jak ten gość w ogóle natknął się na nie. Stali w bocznej alejce bazaru Lovegoodów, a zaledwie parę kroków dalej stara Pani Abbott próbowała przekrzyczeć właściciela stoiska, wmawiając mu, że jeszcze dwie minuty temu cena jagód i truskawek była zupelnie inna. Istna paranoja, ale to przecież była Dolina Godryka.
— No dobra, panie Carrow. Mów pan jeszcze raz — zarządził, kreśląc piórem po swoich notatkach w małym zeszycie. — Zjawił się pan tutaj przed godziną, żeby... Coś tam zrobić, prawda? — Może to ten gwar, może to Erik nie potrafił poukładać sobie w głowie wersji zdarzeń opowiadanej przez blondyna. — I znalazł pan między śmietnikami... Te obrazy. Czy tak?
Zerknął ku metalowym koszom na śmieci, ustawionym w równym rzędzie. Ktoś tak po prostu... Wywalił te małe dzieła sztuki na śmietnik. Longbottomowi nie mieściło się w głowie, że ktoś mógł je tak po prostu wyrzucić. Chyba że były to tanie podróbki z bazaru, chociaż nawet wtedy... Reprodukcje dalej nadawały się do powieszenia w pokoju gościnnym czy gabinecie. Nie trzeba było od razu ich odstawiać na ulicę. Zaraz spadnie deszcz i będą zrujnowany. A cóż to były za obrazy!
Jeden szczególnie przykuł uwagę śledczego: dwie kobiety, opiekujące się dziećmi na jakimś... Zarośniętym dziedzińcu? Może były to jakieś ruiny lub na wpół zrujnowana altana w jakiejś bogatej posiadłości? Trudno było mu powiedzieć. Obraz przypadł mu do gustu. Zwłaszcza opaska na twarzy jednej z postaci wydała mu się ciekawym zabiegiem. Czy to miała być jakaś gra? Ale czemu bawiłyby się, mając pod opieką dwójkę małych dzieci?
I tak nic z tego nie zrozumiem, pomyślał przelotnie, a na jego twarzy odbiło się niezadowolenie. Trudno mu się rozmawiało za artystami. Taka Loretta Lestrange była tego doskonałym dowodem, chociaż w gruncie rzeczy w ostatnich miesiącach ich ścieżki przecięły się zaledwie raz. Po prostu nie miał do tego talentu. Potrafił czarować słowem, ale brak mu było wiedzy na temat technik, symboliki czy informacji historycznych, jakie autor chciał przekazać w swojej pracy.
— Co... Co ty w tym widzisz? — spytał chłopaka, który wezwał Brygadę na bazar. — Tak, wiesz... Symbolicznie, co nie?
Jeśli miałby zgadywać, to chodziło o ukazanie dwóch kobiet, które w pewien sposób spełniły już część celów w swoim życiu. Urodziły dzieci, wychowywały je, jednak... Nie towarzyszyli im mężczyźni. Czy to dlatego, że nie byli ważni dla pracy czy motywu przewodniego? A może wręcz przeciwnie, ich brak miał zwrócić uwagę osób studiujących obraz? Może są zakochane, stwierdził niespodziewanie, a jego rysy twarzy złagodniały nagle. Wypełniły rolę narzuconą im społeczeństwo: urodziły dzieci i je wychowywały. Ich pociechy wydały się zadowolone, więc czemu miałyby nie skłonić się ku sobie?
Może opaska właśnie to oznaczała - chęć zabawy przy jednoczesnej świadomości, że ta druga osoba zerkała na dzieci, pomimo wiązania wstążki na oczach. Zaufanie. A może coś kompletnie innego? Erik westchnął przeciągle, poprawiając swoje notatki. Może powinien przepytać kogoś jeszcze? Na bazarze oprócz warzyw i owoców sprzedawano też magiczne księgi i artefakty drugiego sortu. Któryś ze sprzedawców mógł po prostu odłożyć tutaj te obrazy, bo na stoisku nie było już miejsca.
Ile można było babrać się w zaginięciach, porwaniach, poszukiwaniach czy krwawych dochodzeniach? Gdyby wszyscy od początku do końca swej służby zajmowali się jednym typem śledztw, to popadliby w obłęd. Czy taki był powód, dla którego tak wielu pracowników miało swoich prywatnych magipsychoterapeutów i psychologów? Zbyt duży ciężar wieloletniej kariery? Młody Longbottom miał nadzieję, że nie zasmakuje tego tak szybko. Czasem wpadały mu sprawy okropne, traumatyzujące wręcz, jednak od niektórych łatwo było się zdystansować. Przynajmniej na jakiś czas. Ale były też inne: pozornie proste, które wymagały pojawienia się na miejscu, spisania zeznań i wezwania techników z powozem transportowym.
To miała być jedna z tych spraw. O ile ten chłopak powie w ogóle coś ciekawego, pomyślał, wgapiając się w młodego Carrowa, z którym próbował się dogadać od dobrych kilku minut. Nie miał pojęcia, jak ten gość w ogóle natknął się na nie. Stali w bocznej alejce bazaru Lovegoodów, a zaledwie parę kroków dalej stara Pani Abbott próbowała przekrzyczeć właściciela stoiska, wmawiając mu, że jeszcze dwie minuty temu cena jagód i truskawek była zupelnie inna. Istna paranoja, ale to przecież była Dolina Godryka.
— No dobra, panie Carrow. Mów pan jeszcze raz — zarządził, kreśląc piórem po swoich notatkach w małym zeszycie. — Zjawił się pan tutaj przed godziną, żeby... Coś tam zrobić, prawda? — Może to ten gwar, może to Erik nie potrafił poukładać sobie w głowie wersji zdarzeń opowiadanej przez blondyna. — I znalazł pan między śmietnikami... Te obrazy. Czy tak?
Zerknął ku metalowym koszom na śmieci, ustawionym w równym rzędzie. Ktoś tak po prostu... Wywalił te małe dzieła sztuki na śmietnik. Longbottomowi nie mieściło się w głowie, że ktoś mógł je tak po prostu wyrzucić. Chyba że były to tanie podróbki z bazaru, chociaż nawet wtedy... Reprodukcje dalej nadawały się do powieszenia w pokoju gościnnym czy gabinecie. Nie trzeba było od razu ich odstawiać na ulicę. Zaraz spadnie deszcz i będą zrujnowany. A cóż to były za obrazy!
Jeden szczególnie przykuł uwagę śledczego: dwie kobiety, opiekujące się dziećmi na jakimś... Zarośniętym dziedzińcu? Może były to jakieś ruiny lub na wpół zrujnowana altana w jakiejś bogatej posiadłości? Trudno było mu powiedzieć. Obraz przypadł mu do gustu. Zwłaszcza opaska na twarzy jednej z postaci wydała mu się ciekawym zabiegiem. Czy to miała być jakaś gra? Ale czemu bawiłyby się, mając pod opieką dwójkę małych dzieci?
I tak nic z tego nie zrozumiem, pomyślał przelotnie, a na jego twarzy odbiło się niezadowolenie. Trudno mu się rozmawiało za artystami. Taka Loretta Lestrange była tego doskonałym dowodem, chociaż w gruncie rzeczy w ostatnich miesiącach ich ścieżki przecięły się zaledwie raz. Po prostu nie miał do tego talentu. Potrafił czarować słowem, ale brak mu było wiedzy na temat technik, symboliki czy informacji historycznych, jakie autor chciał przekazać w swojej pracy.
— Co... Co ty w tym widzisz? — spytał chłopaka, który wezwał Brygadę na bazar. — Tak, wiesz... Symbolicznie, co nie?
Jeśli miałby zgadywać, to chodziło o ukazanie dwóch kobiet, które w pewien sposób spełniły już część celów w swoim życiu. Urodziły dzieci, wychowywały je, jednak... Nie towarzyszyli im mężczyźni. Czy to dlatego, że nie byli ważni dla pracy czy motywu przewodniego? A może wręcz przeciwnie, ich brak miał zwrócić uwagę osób studiujących obraz? Może są zakochane, stwierdził niespodziewanie, a jego rysy twarzy złagodniały nagle. Wypełniły rolę narzuconą im społeczeństwo: urodziły dzieci i je wychowywały. Ich pociechy wydały się zadowolone, więc czemu miałyby nie skłonić się ku sobie?
Może opaska właśnie to oznaczała - chęć zabawy przy jednoczesnej świadomości, że ta druga osoba zerkała na dzieci, pomimo wiązania wstążki na oczach. Zaufanie. A może coś kompletnie innego? Erik westchnął przeciągle, poprawiając swoje notatki. Może powinien przepytać kogoś jeszcze? Na bazarze oprócz warzyw i owoców sprzedawano też magiczne księgi i artefakty drugiego sortu. Któryś ze sprzedawców mógł po prostu odłożyć tutaj te obrazy, bo na stoisku nie było już miejsca.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞