02.12.2022, 11:22 ✶
- Tak sądzę.
Zwróciła na nią uwagę wcześniej, ale sądziła, że chłopiec sam coś wylał, kiedy go wyciągano i nie przyjrzała się jej uważniej. Dopiero wizja zasugerowała coś więcej. Teraz zresztą, gdy ciemność przed oczyma dopiero zaczynała się rozpływać, nie mogła się nawet przyjrzeć.
Porywaczom jednak albo nie zależało na ukryciu składu, albo nie sądzili, że przyjdzie tu ktokolwiek poza magiczną policją.
- Moim zdaniem dlatego, że dla nich nie był to Lyndon… albo miał przestać nim być - powiedziała, przyjmując chusteczkę. Nie protestowała. Nawet nie do końca zrozumiała, o co Patrickowi chodziło z magią, bo nie zamierzała rzucać sobie chłoszczyć na twarz. Wciąż jeszcze nie podnosząc się z podłogi, jedną ręką zabrała się za wycieranie nosa i ust, poplamionych krwią, a drugą machnęła różdżką, wygaszając świece. Dym jeszcze przez chwilę unosił się w powietrzu, wypełniając pokój chłopca, i tak już duszny, dławiącą wonią. - Nie mówili po francusku. Głos... miała piskliwy... - zawahała się na chwilę nad akcentem. Czy brzmiała, jak ktoś, kto normalnie mówiłby w innym języku? – Nie tylko do chłopca, ale też kiedy kazała zostawić Emily, więc przynajmniej jedno pewnie było Anglikiem. Zdaje mi się, że kobieta była prowodyrem.
Ona szukała i wołała Lyndona. Ona nazwała go „Pierre”. Ona kazała zostawić Emily Hill, bo przyszli po chłopca. Brenna nie brała tego jeszcze za pewniak, byli na typowej pozycji „brak dostatecznych danych do stawiania wniosków”, ale nadchodziła pora na tezy.
Nie porwano chłopca, aby szantażować Emily. W końcu ostatecznie zginęła w fali zielonego światła, a jej ciało pewnie stąd zabrano – choć zamierzała to sprawdzić. Istniała pewna możliwość, że byłby porwany „na składniki”, ale wtedy tym bardziej powinni zabić ją od razu.
Ktoś uważał, że miał do niego prawo? Że mógł nazwać go innym imieniem? Rodzina ojca? Dalecy krewni Emily? A może – choć tu już wkraczała na bardziej absurdalne rejony - Lyndon w ogóle nie był jej synem?
Podniosła się wreszcie. Świat był lekko zamazany, ale już mogła zabrać się za zbieranie świec.
– Obawiam się, że nic więcej tu nie zobaczę – powiedziała Patrickowi, jej ton zabrzmiał trochę przepraszająco, chociaż wątpiła, by Steward miał do niej pretensje. Nie tylko osiągnęła swój limit, ale też większość już wyciągnęła: być może mogłaby zobaczyć coś w ogrodzie, ale po pierwsze, podejrzewała, że teraz talent rzucałby ją do jakichś losowych momentów, po drugie, na pewno ściągnęliby uwagę sąsiadów.
Zwróciła na nią uwagę wcześniej, ale sądziła, że chłopiec sam coś wylał, kiedy go wyciągano i nie przyjrzała się jej uważniej. Dopiero wizja zasugerowała coś więcej. Teraz zresztą, gdy ciemność przed oczyma dopiero zaczynała się rozpływać, nie mogła się nawet przyjrzeć.
Porywaczom jednak albo nie zależało na ukryciu składu, albo nie sądzili, że przyjdzie tu ktokolwiek poza magiczną policją.
- Moim zdaniem dlatego, że dla nich nie był to Lyndon… albo miał przestać nim być - powiedziała, przyjmując chusteczkę. Nie protestowała. Nawet nie do końca zrozumiała, o co Patrickowi chodziło z magią, bo nie zamierzała rzucać sobie chłoszczyć na twarz. Wciąż jeszcze nie podnosząc się z podłogi, jedną ręką zabrała się za wycieranie nosa i ust, poplamionych krwią, a drugą machnęła różdżką, wygaszając świece. Dym jeszcze przez chwilę unosił się w powietrzu, wypełniając pokój chłopca, i tak już duszny, dławiącą wonią. - Nie mówili po francusku. Głos... miała piskliwy... - zawahała się na chwilę nad akcentem. Czy brzmiała, jak ktoś, kto normalnie mówiłby w innym języku? – Nie tylko do chłopca, ale też kiedy kazała zostawić Emily, więc przynajmniej jedno pewnie było Anglikiem. Zdaje mi się, że kobieta była prowodyrem.
Ona szukała i wołała Lyndona. Ona nazwała go „Pierre”. Ona kazała zostawić Emily Hill, bo przyszli po chłopca. Brenna nie brała tego jeszcze za pewniak, byli na typowej pozycji „brak dostatecznych danych do stawiania wniosków”, ale nadchodziła pora na tezy.
Nie porwano chłopca, aby szantażować Emily. W końcu ostatecznie zginęła w fali zielonego światła, a jej ciało pewnie stąd zabrano – choć zamierzała to sprawdzić. Istniała pewna możliwość, że byłby porwany „na składniki”, ale wtedy tym bardziej powinni zabić ją od razu.
Ktoś uważał, że miał do niego prawo? Że mógł nazwać go innym imieniem? Rodzina ojca? Dalecy krewni Emily? A może – choć tu już wkraczała na bardziej absurdalne rejony - Lyndon w ogóle nie był jej synem?
Podniosła się wreszcie. Świat był lekko zamazany, ale już mogła zabrać się za zbieranie świec.
– Obawiam się, że nic więcej tu nie zobaczę – powiedziała Patrickowi, jej ton zabrzmiał trochę przepraszająco, chociaż wątpiła, by Steward miał do niej pretensje. Nie tylko osiągnęła swój limit, ale też większość już wyciągnęła: być może mogłaby zobaczyć coś w ogrodzie, ale po pierwsze, podejrzewała, że teraz talent rzucałby ją do jakichś losowych momentów, po drugie, na pewno ściągnęliby uwagę sąsiadów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.