Proszę, nic już nie mów. Nie miał jej tego za złe, nie potrafiłby się na nią złościć, ale bardzo chciał, żeby Olivia nie powiedziała już nawet jednego zdanka. Żeby jej usteczka już nie wyprodukowały żadnego słówka w kierunku Aydayi. Chciał, żeby zapadło tutaj milczenie, nie było więcej pytań i dwie panie przestały zupełnie dla siebie istnieć. Przecież w tej zwichrowanej rodzinie byłby w stanie uwierzyć, że jeśli Olivia wpadłaby Aydayi w oko, to ta gotowa byłaby zaprowadzić ją do Edwarda i przekonać się, czy będzie dla niego dobrą kochanką. Obrzydliwe? Normalne w tej rodzinie. Tego tylko brakowało, żeby Aydaya sama wynajdowała kochanki Edwardowi, chociaż Laurent nie wierzył, że czasami nie maczała w tym palców. Tak jak czasami sama je spławiała, opłacała ladacznice i zakopywała brudy, żeby potem Edward mógł kolejny raz bezgrzesznie grzeszyć Oto był przed nim Anioł Pański, który za grzech rozpusty udzielał rozgrzeszenia. Anioł, który chciał wygrzewać swoje skrzydła w gorącym słońcu i poszukiwać swojej przyobiecanej młodości, która pozwoliłaby jej rozkwitnąć na nowo. Olivia nie powinna przed tym aniołem stać, bo on rozgrzeszał, a i owszem. Ale równie sprawnie z tych grzechów rozliczał i słodkimi uśmiechami namawiał do czynienia błędów. W końcu Wąż w Rajskim Ogrodzie według niektórych podań również był aniołem. Samym Lucyferem - najpiękniejszym z boskiej kreacji.
Proszę... Spoglądał na Olivię miękkim spojrzeniem. Pełnym prośby. Kiedy ona tak się zawahała, kiedy utknęła na tym "ja". Idź stąd, Olivio i nie wracaj. Żyj swoim życiem i nie przejmuj się tym iluzorycznym Rajem, którego szkło musiało pęknąć twojego ostatniego dnia pobytu tutaj. Są siły, z którymi tacy jak ty mierzyć się nie powinni. Mogli, ale nie powinni. Bo nie ze wszystkim też powinno chcieć się wygrać - cena była zbyt duża, żeby opłacić wszystkich żołnierzy i wszystkie zasoby, jakie do tej wojenki musiałyby zostać zorganizowane. I walki nie podjęła. Powietrze z niego uszło (tylko tego nie pokazał), kiedy Quirke podjęła decyzję, żeby się stąd ewakuować. Znał takie osoby, które podjęłyby rękawice. Niestety znał. Siebie chociażby. Potrafiłoby mu zabraknąć odpowiedniego wyczucia sytuacji tylko dlatego, że miałby poczucie konieczności obrony tej osoby... tylko teraz niby kim był dla Quirke, żeby myśleć w takich kategoriach? Jego odczucia względem niej zmieniły się o tyle, że smutek, ból i strata wciskały się do wnętrza, ale nie zginęło to wszystko, co o niej uważał ani to, jak mu się podobała i jak chciał ją adorować.
- Powinnaś się bardziej skupić na biznesowych spotkaniach Edwarda. Czy może ma ich za mało, że przejmujesz się moimi? - Olivia nie miała okazji zobaczyć Laurenta w tym wydaniu i prawdę mówiąc - bardzo niewiele osób miało. Co najwyżej ci, którzy więcej z nim mieli do czynienia w szkole, kiedy było w nim więcej tej zaciętości, potrzeby walki. Spojrzał na Aydayę z chłodnym uśmiechem, wyrachowanym. Z jadem pływającym między lazurem fal i z niesmakiem, który odbił się na jego twarzy. Zrobił to, przed czym się powstrzymał wcześniej - ale teraz sobie już pozwolił. Wiedząc, że Olivia nie będzie w tym uczestniczyła więcej. Pewnie nie będzie już nawet uczestniczyła w jego życiu.
To byłaby na pewno martwa natura, gdyby opadł na płótno pędzel Aydayi.
- Dziękuję ci za odwiedziny. Powodzenia. - Odprowadził Olivię do drzwi, otworzył je przed nią i przepuścił przodem. Wpatrując się ze smutkiem w tę podkuloną, drobną postać, która jak niczego innego potrzebowała teraz w jego oczach przytulenia. Tego, czego nie mógł jej dać... co chciał jej dać. Nawet lekko wyciągnął ramię, jakby sugerując jej, mimo całkowitej niepoprawności sytuacji, że to jest możliwe, że nie musiała z tego rezygnować. Choć to jemu przyszło tego dnia zrezygnować z niej. A kiedy przestąpiła próg jego domu i zamknął za nią drzwi, wrócił do salonu.
- Czego chcesz? - Zapytał z irytacją, nerwowo przesuwają dłonią po szyi. Już wcale nie kryjąc swojego roztargnienia faktem szopki, jaką zrobiła Aydaya i tego, że wcale nie ufał w jej jakże słodkie i dobre intencje herbatkowania się z Livią.