21.02.2024, 19:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2024, 00:03 przez Erik Longbottom.)
Nie tak sobie wyobrażał początek końca. Przez myśl by mu nie przeszło, że upadek Ministerstwa Magii mógłby odbyć się w sposób tak... Bezceremonialny. Niebo nie pękło na pół, rozpętując tym samym burzę stulecia. Nie doszło do żadnej magicznej anomalii, która sprowadziła kolejny kataklizm na Wielką Brytanię. To się po prostu stało, a on dostał informację w najmniej spodziewanym momencie. Czy ludzie wiedzieli? A może placówkę rządową zamknięto na cztery spusty, nie pozwalając nikomu opuścić stanowisk, dopóki nie doszło do jakiejś...
Czystki, dokończył z przestrachem, przedzierając się przez kolejne krzaki ku wieży Strażnicy, gdy niespodziewanie z pobliskich zarośli wypadł na niego Vincent. Nie zdążył nawet wycelować w niego ostrzegawczo różdżki, bo mężczyzna poleciał do przodu. A więc inni też dostali wiadomość. To poniekąd napawało go nadzieją. Skoro im się udało, to innym tym bardziej, prawda? Mavelle, Danielle, Norze, Thomasowi, Patrickowi i całej reszcie.
— Oby — rzucił, przyspieszając kroku, żeby zrównać się z Prewettem. — Warownia była pusta, gdy się zjawiłem. — Pociągnął głośno nosem, zaciskając palce na rączce jarzębinowej różdżki. Musiał się uspokoić i skupić na dotarciu do celu. — Przebili się przez zabezpieczenia. Nikt miał się nie przebić przez te cholerne zabezpieczenia.
Na usta cisnęły mu się gorsze słowa. Gdyby na własne oczy nie zobaczył ciemnych sylwetek na własnym podwórku, uznałby to za swego rodzaju żart. Może nawet próbę poprawienia tarcz ochronnych otulających posiadłość niczym kocyk przykrywający ciałko dziecka w kołysce. Pierwsza i ostatnia linia obrony. Bariera była ich głównym atutem. Gdyby nie ona, Warownia byłaby tylko jedną z wielu rezydencji, punktem przerzutowym, a nie azylem. A teraz... Teraz padła. Jak Ministerstwo.
— Nie było mnie w Londynie — odezwał się naprędce, widząc taksującego go spojrzenie przyjaciela z Zakonu. Jakby te kilka słów miało wszystko wytłumaczyć. Tylko czy faktycznie tak było? Czy przekazywało to wszystko, czego nie mówił na głos?
Nie było go w stolicy, a więc nie był też w centrum zdarzeń. Bezpieczny, ale pozbawiony jakichkolwiek sprawdzonych informacji na temat tego, co wydarzyło się w mieście. Niepokój zaglądał coraz odważniej w jego serce, jakby szukał kąta, w którym mógłby się zagnieździć. Ale wszystko będzie dobrze. Przecież musiało być. Bywali już w gorszych tarapatach, a przecież byli tymi dobrymi. Jeśli oni nie przetrwają, to jak inni mieli?
Czystki, dokończył z przestrachem, przedzierając się przez kolejne krzaki ku wieży Strażnicy, gdy niespodziewanie z pobliskich zarośli wypadł na niego Vincent. Nie zdążył nawet wycelować w niego ostrzegawczo różdżki, bo mężczyzna poleciał do przodu. A więc inni też dostali wiadomość. To poniekąd napawało go nadzieją. Skoro im się udało, to innym tym bardziej, prawda? Mavelle, Danielle, Norze, Thomasowi, Patrickowi i całej reszcie.
— Oby — rzucił, przyspieszając kroku, żeby zrównać się z Prewettem. — Warownia była pusta, gdy się zjawiłem. — Pociągnął głośno nosem, zaciskając palce na rączce jarzębinowej różdżki. Musiał się uspokoić i skupić na dotarciu do celu. — Przebili się przez zabezpieczenia. Nikt miał się nie przebić przez te cholerne zabezpieczenia.
Na usta cisnęły mu się gorsze słowa. Gdyby na własne oczy nie zobaczył ciemnych sylwetek na własnym podwórku, uznałby to za swego rodzaju żart. Może nawet próbę poprawienia tarcz ochronnych otulających posiadłość niczym kocyk przykrywający ciałko dziecka w kołysce. Pierwsza i ostatnia linia obrony. Bariera była ich głównym atutem. Gdyby nie ona, Warownia byłaby tylko jedną z wielu rezydencji, punktem przerzutowym, a nie azylem. A teraz... Teraz padła. Jak Ministerstwo.
— Nie było mnie w Londynie — odezwał się naprędce, widząc taksującego go spojrzenie przyjaciela z Zakonu. Jakby te kilka słów miało wszystko wytłumaczyć. Tylko czy faktycznie tak było? Czy przekazywało to wszystko, czego nie mówił na głos?
Nie było go w stolicy, a więc nie był też w centrum zdarzeń. Bezpieczny, ale pozbawiony jakichkolwiek sprawdzonych informacji na temat tego, co wydarzyło się w mieście. Niepokój zaglądał coraz odważniej w jego serce, jakby szukał kąta, w którym mógłby się zagnieździć. Ale wszystko będzie dobrze. Przecież musiało być. Bywali już w gorszych tarapatach, a przecież byli tymi dobrymi. Jeśli oni nie przetrwają, to jak inni mieli?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞