Pękająca szklanka pamięci, której szron poranił dłonie; miłość ubierana w słowa osjaniczne i nienaturalne; rozlane mleko na czerni nieboskłonu, przypominającego do złudzenia taflę ciemnej, gorzkiej kawy. Nie potrafiła skupić się na zaklętej treści książki, litery rozmywały się nieskładnie, a ona sama – po raz kolejny podawała obróbce myśli jedno zdanie. Pacyfikowanie go stało się jej obrzydliwie parszywą grą, z której oków nie mógł się wyplątać – potrafiła być przecież czarująca i miękka, do bólu pogodna i grająca w szachy emocjonalne z nieludzką wprawą, a kłamanie przychodziło jej nienaturalnie łatwo.
Może dlatego wciąż, przez te spopielone lata, miałkie miesiące jak żmije uwijające się pod butami na ściółce leśnej, westchnięcia i ich brak były ubierane w fason okrucieństwa, jej łatwej do rozjuszenia osobowości; a zła Lestrange uchodziła za demona nieposkromionego; za diabła wyzierającego spod welonu czarnych rzęs, z sarnich, niewinnych tęczówek.
Całkiem to lubiła.
Bo był jej dziwnym uzależnieniem, którego nie znała, dopóki go nie posmakowała. Chciała go uzależnić od siebie, stać się dominantą jego życia, aby w puencie płuca przebić obcasem absurdalnie wysokich szpilek. Nie umiała jednak ukryć swojego żywego zainteresowania, karmiła się jego słowami, bo zawsze ją zaskakiwał.
A ona myślała, że już wszystkiego w życiu dotknęła; on uświadamiał jej, że wciąż jest wiele rzeczy nieodkrytych.
Uniosła wzrok sponad księgi, nim zatrzasnęła ją, wzbijając w przestrzeń migotliwy kurz. Uniosła wysoko brwi na jego słowa – oceniając, wartościując na ile perfidnie powinna się mu odgryźć.
– Czy w tym momencie powinnam się przejąć opinią kogoś, kto o sztuce wie tylko to, że jest? – prychnęła jadowicie.
Przez moment zamarła, jakby coś głęboko analizowała, po czym sięgnęła do kieszeni i wyjąwszy metalową, znaczoną grawerem zapalniczkę, rzuciła ją ku jego dłoniom.
– Spal je – poleciła, z żywym wyzwaniem lawirującym gdzieś w iskrach spojrzenia. – Spal moje obrazy – doprecyzowała po chwili, unosząc wysoko brwi.
Podniosła się z fotela i zbliżyła się do niego niebezpiecznie; dopiero gdy stanęła tuż nad nim, gdy mógł poczuć ten charakterystyczny zapach bergamotek i słodycz jej stonowanego oddechu, przywdziała na wargi jeden z bardziej perfidnych uśmiechów.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it