23.02.2024, 00:50 ✶
Nawet nie była zła na Brennę; po prostu cieszyła się, że siostra wróciła. Bo myśl, że może trafiła gdzieś, skąd nie wróci, była wręcz rozdzierająca. Ale też Bones starała się wierzyć; dopóki nie było ciała, dopóty powinna istnieć nadzieja.
Przynajmniej w teorii.
- Shhh – szepnęła. Żadnego przepraszania. Chociaż, gdyby to zniknięcie okazało się celowym, to pewnie przeprosiny by były wskazane, ale to też nie tak, że Mavelle by ich oczekiwała. Za to uśmiechnęła się blado. No tak, Elise jednak była z tych kobiet, co nawet w takiej sytuacji potrafiły niemalże dostać palpitacji serca z powodu nieodpowiedniej fryzury…
- Ja nie, ale Erik nie omieszkał wszystkim napomknąć, że cię wywiało – westchnęła cicho, kręcąc głową. W sumie nie to, że zrobił to w złej wierze, bo tak nie było; w zasadzie mogła zaznaczyć, żeby póki co trzymał język za zębami i nic nie piskał na temat zniknięcia Brenny – Wezmę ją na siebie, tak że na razie po prostu nie przyciągajmy jej uwagi – prawie szeptała; zupełnie jakby Elise miała mieć uszy w całym domostwie i tym samym doskonale się orientować, co działo się w każdym jego zakamarku. Cóż, onegdaj miała na karku całkiem niezłą gromadkę dzieci i nie można powiedzieć, że to nie wymagało wyhodowania sobie dodatkowych par oczu oraz uszu…
W kuchni naprawdę było ciepło i wyglądało na to, iż Bones nie poprzestawała na tylko jednej partii wypieków. Na blacie dało się dostrzec wyrastające przyszłe wypieki, palenisko bynajmniej nie było puste, a sądząc po zapachu – ta partia właśnie dochodziła do siebie. No i jeszcze przykryta ściereczką miska; zupełnie jakby tam też wyrastało ciasto…
… czyżby Bones wpadła w swego rodzaju szał? Być może. Czy czekała wszystkich wyżerka na śniadanie? Jak najbardziej. Czy było tego za dużo, jak na wszystkich lokatorów Warowni? Cóż, w sumie żaden problem, bo mogła zabrać do Biura… I zapewne nawet znalazłaby się specjalna bułeczka dla jednego z aurorów. Taka bardzo specjalna.
Złapała za różdżkę i machnęła nią, magią wprawiając wszystko w ruch. Tak po prostu było szybciej, miast miotać się po całej kuchni. I może nawet nie tyle szybciej, co też po prostu mogła poświęcić znacznie więcej uwagi Brennie?
- Spróbuję się skontaktować, jak nie, to po prostu wyślę sowy – mruknęła. Patricka niekoniecznie mogła złapać, a Wood i tak nie potrafiła komunikować się w ten sposób i tak, więc pozostawało jedynie skrobnąć parę słów i przykazać sowie dostarczyć list, gdzie trzeba – ale w tej chwili ważniejszym jednak było zadbanie o kuzynkę. Zwłaszcza że naprawdę wyglądała, jakby miała paść tu i teraz…
Binns, jego córki i pies. Gadający pies. Jak mu tam było? Owen? Nie, jakoś inaczej… Osmel? Nie sądziła, że jeszcze o nich usłyszy; ba, chwilami zdawało się jej, że to jedynie sen, a nie coś, co przeżyła naprawdę. Zerknęła na Brennę, wrzucając dość hojnie pianki do sporego kubka; w tym przypadku wyglądało na to, że chyba faktycznie naszykowała wcześniej dzbanek i tylko starała się, żeby zawartość nie ostygła. Tak na wszelki wypadek…
- Widzisz, promyczku... – zaczęła, stawiając przed kobietą kubek. Ruch różdżki – świeżutkie bułki wylądowały na talerzu, a talerz dołączył do gorącej czekolady – Parę miesięcy temu szlag mi trafił ślicznotkę – znaczy się, jej dwukołowe oczko w głowie – i magię też. W środku ulewy takiej, że nie mam pojęcia, jakim cudem sama nie zamieniłam się w kałużę. Ale trafiłam na domek i gościnnego pana Binnsa… Szczerze mówiąc, nie byłam do końca pewna, czy to naprawdę się wydarzyło – przyznała, siadając dość ciężko – W każdym razie, chyba jednak tak? Kojarzysz może obraz rodziny w tej ruderze?
Przynajmniej w teorii.
- Shhh – szepnęła. Żadnego przepraszania. Chociaż, gdyby to zniknięcie okazało się celowym, to pewnie przeprosiny by były wskazane, ale to też nie tak, że Mavelle by ich oczekiwała. Za to uśmiechnęła się blado. No tak, Elise jednak była z tych kobiet, co nawet w takiej sytuacji potrafiły niemalże dostać palpitacji serca z powodu nieodpowiedniej fryzury…
- Ja nie, ale Erik nie omieszkał wszystkim napomknąć, że cię wywiało – westchnęła cicho, kręcąc głową. W sumie nie to, że zrobił to w złej wierze, bo tak nie było; w zasadzie mogła zaznaczyć, żeby póki co trzymał język za zębami i nic nie piskał na temat zniknięcia Brenny – Wezmę ją na siebie, tak że na razie po prostu nie przyciągajmy jej uwagi – prawie szeptała; zupełnie jakby Elise miała mieć uszy w całym domostwie i tym samym doskonale się orientować, co działo się w każdym jego zakamarku. Cóż, onegdaj miała na karku całkiem niezłą gromadkę dzieci i nie można powiedzieć, że to nie wymagało wyhodowania sobie dodatkowych par oczu oraz uszu…
W kuchni naprawdę było ciepło i wyglądało na to, iż Bones nie poprzestawała na tylko jednej partii wypieków. Na blacie dało się dostrzec wyrastające przyszłe wypieki, palenisko bynajmniej nie było puste, a sądząc po zapachu – ta partia właśnie dochodziła do siebie. No i jeszcze przykryta ściereczką miska; zupełnie jakby tam też wyrastało ciasto…
… czyżby Bones wpadła w swego rodzaju szał? Być może. Czy czekała wszystkich wyżerka na śniadanie? Jak najbardziej. Czy było tego za dużo, jak na wszystkich lokatorów Warowni? Cóż, w sumie żaden problem, bo mogła zabrać do Biura… I zapewne nawet znalazłaby się specjalna bułeczka dla jednego z aurorów. Taka bardzo specjalna.
Złapała za różdżkę i machnęła nią, magią wprawiając wszystko w ruch. Tak po prostu było szybciej, miast miotać się po całej kuchni. I może nawet nie tyle szybciej, co też po prostu mogła poświęcić znacznie więcej uwagi Brennie?
- Spróbuję się skontaktować, jak nie, to po prostu wyślę sowy – mruknęła. Patricka niekoniecznie mogła złapać, a Wood i tak nie potrafiła komunikować się w ten sposób i tak, więc pozostawało jedynie skrobnąć parę słów i przykazać sowie dostarczyć list, gdzie trzeba – ale w tej chwili ważniejszym jednak było zadbanie o kuzynkę. Zwłaszcza że naprawdę wyglądała, jakby miała paść tu i teraz…
Binns, jego córki i pies. Gadający pies. Jak mu tam było? Owen? Nie, jakoś inaczej… Osmel? Nie sądziła, że jeszcze o nich usłyszy; ba, chwilami zdawało się jej, że to jedynie sen, a nie coś, co przeżyła naprawdę. Zerknęła na Brennę, wrzucając dość hojnie pianki do sporego kubka; w tym przypadku wyglądało na to, że chyba faktycznie naszykowała wcześniej dzbanek i tylko starała się, żeby zawartość nie ostygła. Tak na wszelki wypadek…
- Widzisz, promyczku... – zaczęła, stawiając przed kobietą kubek. Ruch różdżki – świeżutkie bułki wylądowały na talerzu, a talerz dołączył do gorącej czekolady – Parę miesięcy temu szlag mi trafił ślicznotkę – znaczy się, jej dwukołowe oczko w głowie – i magię też. W środku ulewy takiej, że nie mam pojęcia, jakim cudem sama nie zamieniłam się w kałużę. Ale trafiłam na domek i gościnnego pana Binnsa… Szczerze mówiąc, nie byłam do końca pewna, czy to naprawdę się wydarzyło – przyznała, siadając dość ciężko – W każdym razie, chyba jednak tak? Kojarzysz może obraz rodziny w tej ruderze?