- Powinniśmy, kto oceni co powinniśmy zrobić? - Nie do końca rozumiała jego podejście. Nie uważała, żeby ktokolwiek miał prawo oceniać, co powinna zrobić, nie znosiła takich założeń. Zawsze robiła to, na co miała ochotę, nie to, czego oczekiwali inni, może dlatego ją to tak rozdrażniło.
Gerry w przeciwieństwie do Gio nie potrzebowała ruchu, ognista była zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Dolała sobie kolejną porcję trunku i zaczynała czuć, że nie myśli racjonalnie. Ciekawe, jak wróci do domu na miotle...
- Przy całym życiu, dwa miesiące są niczym. - Chociaż w tym się zgadzali. Ciężko jej było zrozumieć punkt widzenia Gio w tej sprawie, no ale Ger nie pisała książek, ani żadnych artykułów. Jej całe życie opierało się na szybkich decyzjach.
Czuła zapach mleka, trochę ją bawiło to, że przyjaciel poi się mlekiem z miodem, a ona zaczęła się upijać. Kolejny kontrast, który między nimi istniał. Byli tak bardzo różni, a zarazem tak podobni.
Co u niej? Było to pytanie, które zawsze wprowadzało zakłopotanie. Nie znosiła mówić, co u niej. Zapewne dlatego, że jej życie nie było kolorowe, wręcz przeciwnie - pełne było niepowodzeń. Nie potrafiła w nic się zaangażować, nie licząc pracy, to zawsze jej się układało.
Nie wracała do Beltane. Wiedziała, że to, co między nimi zaszło było fałszywe, złudny rytuał, który próbował namieszać w ich życiu. Może i lepiej, że dotyczył Jonathana, on na pewno miał do tego luźniejsze podejście.
- U mnie? Nic się nie dzieje. Jak zawsze. - Co niby miała mu powiedzieć? Że zakochała się znowu, po raz kolejny zaślepiona uczuciami i że ćpun wolał chwilowe ukojenie od niej? Było jej wstyd, ogromnie wstyd, że zaufała, że próbowała mu pomóc, a on ją zostawił - z dnia na dzień. Thes też ją zostawił, wyjechał i czuła się okropnie pusta w tej chwili, ale nie był to odpowiedni moment, żeby o tym wspominać.