- Coś w tym jest. - Wyszczerzyła zęby do przyjaciółki w uśmiechu. Nie martwiło jej najwyraźniej wcale to, że mogła dzisiaj umrzeć. Przywykła do ryzyka, ba na pewno byłaby bardzo dumna, gdyby odeszła w walce z krwiożerczą bestią, zdecydowanie nie była jej pisana spokojna śmierć. Przynajmniej na to liczyła, że umrze w jakiś spektakularny sposób.
Sama się zastanawiała nawet, czy zdarzyło jej się kiedyś wyglądać równie efektownie. Chyba nie, znaczy na pewno było bardzo dużo krwi, jednak nigdy nie była wysmarowana jeszcze od stóp do głów, jak tego dnia. Spore osiągnięcie, które zawdzięczała Królowi Błotoryjów.
- Jak sobie życzysz. - Powiedziała, gdy dotarły do łazienki. Doszła do wanny, na której brzegu usiadła. Ściągnęła brudną koszulę, ciało było również nieco wysmarowane, nie ma się co dziwić, to wszystko przesiąknęło przez ubranie. Na żebrach Ger nie było otwartych ran, a może były? Nie oglądała tego wcześniej. Raczej otarcia spowodowane przez silne uderzenie grubej skóry błotoryja. Flo wiedziała też, że Yaxley ma na żebrach kilka blizn - pozostałości po wcześniejszych polowaniach.
- Dzięki, głupio by było wracać stąd półnago. - To nie tak, że by tego nie zrobiła, gdyby musiała, to pewnie wyszłaby stąd w samej bieliźnie, chociaż wolała nie tłumaczyć swojemu bratu powrotu do domu w takim odzieniu, a raczej pratycznie jego braku.
- Nie wiem Flo, nie miałam czasu się obejrzeć. To był kurewsko wielki błotoryj. - Wyciągnęła ręce do przodu, aby jej zobrazować gestykulacją jaki był wielki. - Wbiegł we mnie, kilka razy, jak dzik w maliny. - Nie udało jej się odpowiednio szybko odskoczyć, za co była na siebie zła. Tyle, że faktycznie zwierzę było dosyć mocno rozjuszone i bardzo agresywne, bo wyrwała je ze snu. Powinna być uważniejsza, jak zawsze trochę za lekkomyślnie podeszła do przeciwnika. Właściwie to tak naprawdę nic poważnego jej się nie stało, no ale mogło. Wypadałoby popracować nad swoimi ruchami.