03.12.2022, 02:51 ✶
- Hej, jaka przesada? Tu nie ma żadnej przesady – zaprotestowała. W końcu Patrick naprawdę był biedny – nie dość, że do tej pory najwyraźniej nie miał okazji uczestniczyć w przedniej zabawie, jaką było zbieranie jajek, to jeszcze doznał solidnej kontuzji, która wymagała wizyty u uzdrowiciela. Co za szczęście, że jeden znajdował się w okolic, w końcu przecież wcale a wcale nie musiał się rozstawiać.
- Hmm, samemu cukrowi bym raczej nie przypisywała takich właściwości... – wyrzekła z pewnym zwątpieniem w głosie – Co nie zmienia faktu, że co najmniej kufel kremowego się należy i już. Albo prawdziwego piwa – zawtórowała kuzynce. Brenny na prawdziwe nie planowała namawiać, zdając sobie sprawę z tego, iż ta stroniła od alkoholu, ale no, Stewarda przecież zmuszać do abstynencji nie będą.
W pierwszej chwili chciała znowu zaprotestować. Że przecież Ostara, że trzeba by było być całkiem niespełnym rozumu, by w koszyki nosić coś, co mogło te nieszczęsne palce upitolić. Ale… no właśnie, ale, czas saatu nie oznaczał, iż nikt nie miał złych zamiarów, iż zaraz nie okaże się, że wśród kręcących się tu czarodziei nie znajdują się również i ci popierający Voldemorta. Co gorsza, z planem doszczętnego zniszczenia Ostary wszystkim tu obecnym.
Cóż, odechciało się jej czegoś mocniejszego, może to i lepiej; kremowe piwo stało się jakieś takie o wiele bardziej kuszące. I rozsądne.
- Tak, Bren dobrze mówi, jesteśmy po służbie. Żadnego konfiskowania, żadnych paragrafów, żadnego szukania świstoklika, żeby się z nią zabrać do Ministerstwa. – oświadczyła, nie mając zamiaru kiwnąć choćby palcem; jakkolwiek by nie patrzeć, wszyscy byli teraz w cywilu, mocno po godzinach pracy, a tę przecież należało przeważnie zostawiać za zamkniętymi drzwiami, żeby móc odetchnąć, odpocząć, a następnego dnia spojrzeć na wszystko ze świeższej perspektywy. Nadmierne jej oddanie szkodziło, nawet jeśli nie było to widoczne na pierwszy rzut oka.
- … coś mi się widzi, że jednak potrzebujesz czegoś więcej niż tylko kufel kremowego piwa – uznała widząc, iż biednemu nie poszczęściło się również w loterii. Co miała na myśli? Być może… dwa kufle. A może i coś więcej, w zależności, co wpadnie w oko (bądź w nos), gdy będą krążyć między straganami.
- A dostanę smaczka w nagrodę? – zażartowała, nie czekała jednak na odpowiedź, tylko niuchnęła, wysforowując się do przodu. No, nie aż tak bardzo, bo wciąż pamiętała o nodze Patricka i nie chciała, żeby całe leczenie trafił szlag, bo musiał za nią gonić, żeby nie zgubić się w tym tłumie. Ot, krok, dwa.
Kolejne niuchnięcie.
- Wiecie co, myślę, że czeka nas najprawdziwsza uczta. Czuję jeszcze karmel, cytryny… och, chyba będziecie musieli mnie toczyć do domu, bo mam zamiar zjeść, ile się tylko da! – oświadczyła, odruchowo przyspieszając kroku. A po paru zwolniła, nawet się zatrzymała, nadal przy tym niusząc.
- Dobra, faktycznie piwo jest blisko – zawyrokowała, po czym zaczęła całkiem pewnie prowadzić towarzystwo w stronę straganu z kremowym piwem. I zdecydowanie nie omieszkała po drodze napaść na małe królestwo słodkości – w końcu nie mogła sobie podarować cytrynowych sorbetów i karmelowych pajęczyn…
- Hmm, samemu cukrowi bym raczej nie przypisywała takich właściwości... – wyrzekła z pewnym zwątpieniem w głosie – Co nie zmienia faktu, że co najmniej kufel kremowego się należy i już. Albo prawdziwego piwa – zawtórowała kuzynce. Brenny na prawdziwe nie planowała namawiać, zdając sobie sprawę z tego, iż ta stroniła od alkoholu, ale no, Stewarda przecież zmuszać do abstynencji nie będą.
W pierwszej chwili chciała znowu zaprotestować. Że przecież Ostara, że trzeba by było być całkiem niespełnym rozumu, by w koszyki nosić coś, co mogło te nieszczęsne palce upitolić. Ale… no właśnie, ale, czas saatu nie oznaczał, iż nikt nie miał złych zamiarów, iż zaraz nie okaże się, że wśród kręcących się tu czarodziei nie znajdują się również i ci popierający Voldemorta. Co gorsza, z planem doszczętnego zniszczenia Ostary wszystkim tu obecnym.
Cóż, odechciało się jej czegoś mocniejszego, może to i lepiej; kremowe piwo stało się jakieś takie o wiele bardziej kuszące. I rozsądne.
- Tak, Bren dobrze mówi, jesteśmy po służbie. Żadnego konfiskowania, żadnych paragrafów, żadnego szukania świstoklika, żeby się z nią zabrać do Ministerstwa. – oświadczyła, nie mając zamiaru kiwnąć choćby palcem; jakkolwiek by nie patrzeć, wszyscy byli teraz w cywilu, mocno po godzinach pracy, a tę przecież należało przeważnie zostawiać za zamkniętymi drzwiami, żeby móc odetchnąć, odpocząć, a następnego dnia spojrzeć na wszystko ze świeższej perspektywy. Nadmierne jej oddanie szkodziło, nawet jeśli nie było to widoczne na pierwszy rzut oka.
- … coś mi się widzi, że jednak potrzebujesz czegoś więcej niż tylko kufel kremowego piwa – uznała widząc, iż biednemu nie poszczęściło się również w loterii. Co miała na myśli? Być może… dwa kufle. A może i coś więcej, w zależności, co wpadnie w oko (bądź w nos), gdy będą krążyć między straganami.
- A dostanę smaczka w nagrodę? – zażartowała, nie czekała jednak na odpowiedź, tylko niuchnęła, wysforowując się do przodu. No, nie aż tak bardzo, bo wciąż pamiętała o nodze Patricka i nie chciała, żeby całe leczenie trafił szlag, bo musiał za nią gonić, żeby nie zgubić się w tym tłumie. Ot, krok, dwa.
Kolejne niuchnięcie.
- Wiecie co, myślę, że czeka nas najprawdziwsza uczta. Czuję jeszcze karmel, cytryny… och, chyba będziecie musieli mnie toczyć do domu, bo mam zamiar zjeść, ile się tylko da! – oświadczyła, odruchowo przyspieszając kroku. A po paru zwolniła, nawet się zatrzymała, nadal przy tym niusząc.
- Dobra, faktycznie piwo jest blisko – zawyrokowała, po czym zaczęła całkiem pewnie prowadzić towarzystwo w stronę straganu z kremowym piwem. I zdecydowanie nie omieszkała po drodze napaść na małe królestwo słodkości – w końcu nie mogła sobie podarować cytrynowych sorbetów i karmelowych pajęczyn…
486/801