Westchnął ciężko. To prawda. Obydwoje podróżowali. I dobrze im z tym było, szczególnie, gdy mieli wolny dzień lub dwa w tygodniu na spotkania z najbliższymi. Gorzej, gdy oddawali się pracy dłużej. Z przymusu lub dobrej woli. Przynajmniej zajmowali się tym, co kochali.
Giovani szczerze zdumiał się opowieścią przyjaciółki. Z początku jej zeznania nie brzmiały dobrze. Sam widział te potwory jeszcze podczas nocy Beltane. Ale skoro Geraldine spodziewając się, co zobaczy, oceniała je jako niebezpieczne... Sprawa wyglądała naprawdę nieciekawie.
— Na Merlina, cóż za biedaczyna... — Szczerze przejął się losem ofiary. — Czyli one... w jakiś sposób przyspieszają czas? Czy tylko starzenie się? Dotyczy to tylko ludzi, czy może działa to też na zwierzęta i rośliny?
To było tragiczne. Gdyby się okazało, że te potwory żerują na Kniei, a gdy wyssą wszelką energię życiową tego miejsca to... pewnie opuściłyby ją, kierując się w stronę Doliny.
— I właśnie dlatego nie mogę sobie robić wolnego! — Westchnął. — Kim jest ten chłopiec? Czy dostał odpowiednią pomoc? Cóż za tragedia...
Giovanni ociekał empatią. Krzywda ludzka dotykała go niesamowicie. Nie myślał teraz o tym, jak ciekawy byłby wywiad z tym chłopcem za kilka lat, po zebraniu doświadczenia w życiu starego ciała. Nie myślał o tym, czy został przebadany w kontekście zebrania wiedzy na temat potworów z Kniei. Martwił się, czy chłopcem zaopiekowano się, jak należy. To jasne, że potrzebował teraz długofalowego wsparcia.
Ale nie tylko on. Gdyż z kolejnym tematem to Geraldine zaczęła potrzebować pomocy.
Giovanni zerwał się z fotela, sięgnął różdżkę i szybko rzucił w przyjaciółkę zaklęcie na zakrztuszenia. Nie był w tej kwestii mistrzem, ale powinno zadziałać wystarczająco. Ćwiczył podczas wyjazdu różne sposoby pierwszej pomocy, żeby nie być aż tak bezużytecznym. Podbiegł do Yaxley, obserwując i kładąc jej rękę na ramieniu.
— Wszystko w porządku? Jak do tego w ogóle doszło? Jeszcze nie widziałem, żebyś się zakrztusiła alkoholem.
To ostatnie rzucił w połowie żartem.