Gerry nie bała się mówić o potworach, wiedziała, że Karen Moher miesza w życiu jej ojca. Martwiło ją to strasznie, może wreszcie powinna zainteresować się tematem? Rzadko kiedy widziała ojca takiego przejętego. Sprawa musiała być naprawdę poważna.
- Chujowo to brzmi. - Nie miała pojęcia dlaczego ta strzyga tak bardzo uparła się na jej ojca. Nie chciałaby, żeby stała mu się krzywda. - Wiedźmina może nie znam, znaczy żadnego poza tobą, za to znam jedną wiedźminkę, która mogłaby pomóc. Mogłaby zrobić z niej pasztet. - Niech no tylko jej to zleci. Pójdzie chociażby zaraz szukać tej przebiegłej istoty, a później pokaże jej, że nie warto zadzierać z ich rodziną. Tak właściwie, to nie potrzebowała nawet jego polecenia, przecież i tak zawsze robiła to, na co miała ochotę. Idealny moment, aby się tym zająć.
Nie miała pojęcia dlaczego zawsze tak bardzo zależało jej na uznaniu ojca. Kiedy ją przytulił... poczuła się, jak mała dziewczynka. Gerard zawsze poświęcał jej sporo uwagi, mimo, że w dosyć niestandardowy sposób, bardzo to ceniła.
- Mocno oberwałeś? - Jaskółka, czy inny ptak, było jej to w tej chwili obojętne, ważne, że kopało, tego potrzebowała. Byleby tylko nie kopnęło jej tak bardzo mocno, jak ojca, gdy spadł z konia.
- Musiało boleć, jak sam skurwesyny. - Te najmniejsze rany bywały najgorsze, bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, dobrze, że ojciec znalazł sobie sposób na to, żeby sobie z tym poradzić. On zawsze miał łeb na karku.
Zachęcona upiła łyk alkoholu. Nie skrzywiła się nawet mimo, że trochę śmierdział. - Nie jest najgorsze, masz tego więcej? Albo powiesz kto to tworzy, chętnie się zaopatrzę. - Skoro do tego wszystkiego leczyło takie okropne rany, może faktycznie warto było uzupełnić spiżarkę o ten cudowny napój.