22.02.2024, 22:55 ✶
Westchnęła cicho wysłuchując Murtagha, spisując interakcję z nim na informacyjne straty. Ponoć to kobiety uchodziły za emocjonalne kreatury, ale osobiste doświadczenia kreśliły z goła inny szkic rzeczywistości. Cóż, jakiekolwiek uczucia związane z kowenem nim targały, były silne i nie sądziła aby te animozje miały zostać rozwiązane w najbliższej przyszłości.
Selene, Diana, Isztar, Hekate, Izyda, Demeter. Matka.
Wzdrygnęła się znacząco na to słowo, a ciężka kotara wspomnień zaszyła jej umysł. Coś osiadło na płycie serca, coś ją pobudziło i rozgrzało mętniejącą obojętność. Ujrzała błyszczące oczy jej własnej matki, ciepły głos i jeszcze cieplejsze ramiona, które zawsze ją szczelnie otulały. Usłyszała jej głos, kobiecy i delikatny, śmiech rozjaśniający najgorszą smołę bezgwiezdnej nocy. Czy była idealną matką? Już dawno wypruła z pamięci wszelkie plamy czerniejące na jej życiorysie — każda sprzeczka, każde stanowcze nie i odmowa wyblakły na płótnie wspomnień i już nigdy nie miały powrócić.
Odciągnęła przymglone spojrzenie od profilu Matki z ospałością, poruszeniem źrenic wędrując ku Leviemu. Czy odczuwał to samo co ona? A może kapłańska wizja była jedynie diaboliczną marą mającą na celu zwieść ku zagładzie? Nie odgadnęła jego myśli; zamiast tego powłóczyła wzrokiem za sylwetką chwytającą za ofiarowany mu sierp. Nie odezwawszy się, z podskórną niepewnością wybrzuszającą mięśnie i z przebłyskiem dreszczu przeskakującego przez segmenty kręgosłupa, zaczęła krzyżować ze sobą pęczki, a następnie oplatać jeden wokół drugiego. Nie robiła tego ze sprawnością i żwawością Matki; widać było, iż choć uchodziła za rzemieślnika z fachem w dłoniach, to z pracą na roli nie miała dotąd do czynienia.
Uniosła głowę z nad dojrzewającego w jej palcach snopka i przyjrzała się badawczo Kobiecie. Nie decydowała się na wysublimowaną powściągliwość, nie tym razem — w cieniu jej aury poczuła, że ma znów dwanaście lat i jako pełnoprawne dziecku, wypada gapić się na wszystko i wszystkich.
Selene, Diana, Isztar, Hekate, Izyda, Demeter. Matka.
Wzdrygnęła się znacząco na to słowo, a ciężka kotara wspomnień zaszyła jej umysł. Coś osiadło na płycie serca, coś ją pobudziło i rozgrzało mętniejącą obojętność. Ujrzała błyszczące oczy jej własnej matki, ciepły głos i jeszcze cieplejsze ramiona, które zawsze ją szczelnie otulały. Usłyszała jej głos, kobiecy i delikatny, śmiech rozjaśniający najgorszą smołę bezgwiezdnej nocy. Czy była idealną matką? Już dawno wypruła z pamięci wszelkie plamy czerniejące na jej życiorysie — każda sprzeczka, każde stanowcze nie i odmowa wyblakły na płótnie wspomnień i już nigdy nie miały powrócić.
Odciągnęła przymglone spojrzenie od profilu Matki z ospałością, poruszeniem źrenic wędrując ku Leviemu. Czy odczuwał to samo co ona? A może kapłańska wizja była jedynie diaboliczną marą mającą na celu zwieść ku zagładzie? Nie odgadnęła jego myśli; zamiast tego powłóczyła wzrokiem za sylwetką chwytającą za ofiarowany mu sierp. Nie odezwawszy się, z podskórną niepewnością wybrzuszającą mięśnie i z przebłyskiem dreszczu przeskakującego przez segmenty kręgosłupa, zaczęła krzyżować ze sobą pęczki, a następnie oplatać jeden wokół drugiego. Nie robiła tego ze sprawnością i żwawością Matki; widać było, iż choć uchodziła za rzemieślnika z fachem w dłoniach, to z pracą na roli nie miała dotąd do czynienia.
Uniosła głowę z nad dojrzewającego w jej palcach snopka i przyjrzała się badawczo Kobiecie. Nie decydowała się na wysublimowaną powściągliwość, nie tym razem — w cieniu jej aury poczuła, że ma znów dwanaście lat i jako pełnoprawne dziecku, wypada gapić się na wszystko i wszystkich.