No japierdole... Tyle cisnęło się na usta słysząc to co zachodziło na górze. Stanley był pewien, że to on jest tym bardziej uciążliwym sąsiadem, niż Rosie ale prawda okazała się zgoła inna. No bo jak to możliwe, że przez cały miesiąc była cicha jak mysz pod miotłą, a teraz zaczęła robić imprezy? Tak głośno to nawet nie było w sytuacji w której doprowadził ją do załamania nerwowego na jeden wieczór. Wniosek był prosty - należało to sprawdzić, wszak to nie było w jej stylu.
Jakieś trzaski, huki. No po prostu cały czas tłukło. Może McKinnon przyświrowała trochę pawiana i zaczęła wróżyć ze strzaskanych szafek czy innych słoni? No jazgot niemiłosierny. Nic nie szło zrobić. Żadnej krzyżówki rozwiązać czy podjąć się innej pracy intelektualnej.
Trzeba było przedsięwziąć jakieś kroki. Zadzwonienie na pogotowie lokatorskie nie wchodziło w rachubę z kilku przyczyn. Po pierwsze - Stanley nie był sześćdziesiątka, aby to zrobić. Po drugie - nie znał numeru. Po trzecie - nie miał jak zadzwonić ze swojej piwnicy. Po czwarte - na Nokturnie i Podziemnych Ścieżkach, ono po prostu nie istniało. Patrząc na te wszystkie punkty, problem z powiadomieniem odpowiednich służb, rozwiązywał się sam. Nie zostało mu nic innego jak złożenie wizyty swojej przemiłej współlokatorce z góry i zapytanie się - "co Ty tu odpierdalasz Rosalino"?
Przed wyruszeniem w drogę należało zebrać drużynę i odpowiedni osprzęt. Ekipy nie miał, wszak Francisa jeszcze nie było w pracy, a reszta Borginowej bandy siedziała gdzieś na wolności lub była zajęta podrywaniem jakichś Brenn. Dramat. W takiej sytuacji, Stanley musiał być jak jednoosobowe super komando. Musiał pójść tam sam, chociaż groziło to wysłuchiwaniem kolejnych wróżb z fusów. Istniała też szansa na podjęcie kłótni z Rosie. Cel jednak uświęcał środki.
Borgin wstał. Zabrał swoją różdżkę, włożył odpalonego kiepa do buzi i ruszył ku górze. Przez krótki moment rozważał nawet to, że Ambrosia może mieć jakieś problemy dlatego zabrał swój oręż. We dwójkę dobrze wiedzieli, że problemy w Ataraxii to problemy w Głębinie. To wynikało samo z siebie i było de facto połączone.
Im bliżej mieszkania Rosie się znajdował, tym hałasy były coraz bardziej donośne. Teraz już wiedział, że były to krzyki McKinnon ale zaraz miał się przekonać, że to okrzyki McKinnon(ów) w liczbie mnogiej. Zatrzymując się na moment przed wtargnięciem do środka, rozważał użycie cruciatusa albo avady w najgorszym wypadku. Prawdę mówiąc z tą wróżbiarską blondynką było źle ale bez niej jeszcze gorzej - musiał ją ratować.
- Kurwa mać. Rosie co tu się dzieje? - zapytał, przekraczając magiczną barierę do świata McKinnonów. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to właśnie zapłakana właściciela tego przybytku. Hadesa zignorował, nie zdając sobie sprawy, że też się tutaj znajdował - Co się stało? - uniósł zdziwioną brew, wpatrując się w nią i może oczekując jakiejś odpowiedzi. Mimo wszystko podszedł do niej i wyciągnął z kieszeni bawełnianą chusteczkę, którą jej od razu podał. Borgin może i stawał się coraz bardziej zdezelowany i spaczony czarną magią, lecz dalej jakaś jego wewnętrzna cząstka nie mogła patrzeć na Rosie w tym stanie.
Stanleyowi zajęło chwilę zorientowanie się, że przebywał tutaj ktoś więcej. Mógł się spodziewać, że najukochańszy braciszek, perfekcyjny mąż i jeszcze lepszy ojciec, będzie się tutaj znajdował. Ty jesteś prowodyrem tej draki? Osądził go mimo wszystko za to co tutaj miało miejsce - Hades? - przeniósł wzrok w jego kierunku, zaciągając się papierosem. Oczekiwał wyjaśnień.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972