23.02.2024, 23:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.02.2024, 23:07 przez Rowena Ravenclaw.)
Harper zamarła w bezruchu i przymrużyła powieki. Jedna z nich przez krótką chwilę mimowolnie zadrżała; szybko się jednak opanowała i posłała mężczyźnie szeroki uśmiech. Pozbawiony był on jednak radości. Mało tego, nie było w nim nawet cienia sympatii; sprawiał wrażenie sztucznego, przyklejonego i w ogóle nie na miejscu.
— Aha — rzekła krótko, głosem niepodobnym do własnego, bo nienaturalnie wysokim, jakby niewidzialna ręka ścisnęła ją za gardło i nie chciała wypuścić. Podniosła się z miejsca, strzepała resztki tych nieszczęsnych okruszków ze swojego ubrania na blat i zgarnęła je dłonią, a następnie wyrzuciła do kosza pod biurkiem; choć wygląd był teraz dla niej sprawą drugorzędną, tak nie lubiła, gdy coś było nie na swoim miejscu. Gdy ktoś nie był na swoim miejscu.
— A-HA — powtórzyła nieco głośniej, zaciskając ręce po obu stronach blatu, aż sklejka, z której został zrobiony, zaczęła pękać. W Harper zaszła zmiana - nie tylko pod względem jej zachowania, lecz także w środku. Jej oczy nie wyrażały już smutku i swoistej apatii, ale dosłownie zdawały się płonąć gniewem; żywym i gorącym. Gdyby spojrzenie mogło zabić, Stanley padłby bez życia.
— A pamiętasz może — wycedziła przez zaciśnięte zęby, a do uszu Borgina dotarł przy okazji charakterystyczny nieprzyjemny dźwięk zgrzytającego szkliwa — Jak chodziłeś od biurka do biurka z pocztą?
Stwierdzenie, że Moody była wściekła, było zbyt łagodnym eufemizmem. Ta kobieta była jak wulkan przymierzający się do wybuchu; naczynia krwionośne na jej twarzy, szyi oraz dekolcie gwałtownie się rozszerzyły, sprawiając, że jej skóra przybrała kolor intensywnej czerwieni. Zdawało się, że jego sprytne oraz wymijające odpowiedzi tylko ją rozsierdziły.
Wtedy też mógł dostrzec to w jej oczach; to nie były oczy człowieka. Przypominały ślepia dzikiej bestii gotowej do ataku. Wszystko w postaci Harper jawiło się nieludzkie, jakby zwierzęce. A jak powszechnie wiadomo, w przypadku spotkania z nastroszonym zwierzęciem, najbezpieczniej się wycofać...
— Aha — rzekła krótko, głosem niepodobnym do własnego, bo nienaturalnie wysokim, jakby niewidzialna ręka ścisnęła ją za gardło i nie chciała wypuścić. Podniosła się z miejsca, strzepała resztki tych nieszczęsnych okruszków ze swojego ubrania na blat i zgarnęła je dłonią, a następnie wyrzuciła do kosza pod biurkiem; choć wygląd był teraz dla niej sprawą drugorzędną, tak nie lubiła, gdy coś było nie na swoim miejscu. Gdy ktoś nie był na swoim miejscu.
— A-HA — powtórzyła nieco głośniej, zaciskając ręce po obu stronach blatu, aż sklejka, z której został zrobiony, zaczęła pękać. W Harper zaszła zmiana - nie tylko pod względem jej zachowania, lecz także w środku. Jej oczy nie wyrażały już smutku i swoistej apatii, ale dosłownie zdawały się płonąć gniewem; żywym i gorącym. Gdyby spojrzenie mogło zabić, Stanley padłby bez życia.
— A pamiętasz może — wycedziła przez zaciśnięte zęby, a do uszu Borgina dotarł przy okazji charakterystyczny nieprzyjemny dźwięk zgrzytającego szkliwa — Jak chodziłeś od biurka do biurka z pocztą?
Stwierdzenie, że Moody była wściekła, było zbyt łagodnym eufemizmem. Ta kobieta była jak wulkan przymierzający się do wybuchu; naczynia krwionośne na jej twarzy, szyi oraz dekolcie gwałtownie się rozszerzyły, sprawiając, że jej skóra przybrała kolor intensywnej czerwieni. Zdawało się, że jego sprytne oraz wymijające odpowiedzi tylko ją rozsierdziły.
Wtedy też mógł dostrzec to w jej oczach; to nie były oczy człowieka. Przypominały ślepia dzikiej bestii gotowej do ataku. Wszystko w postaci Harper jawiło się nieludzkie, jakby zwierzęce. A jak powszechnie wiadomo, w przypadku spotkania z nastroszonym zwierzęciem, najbezpieczniej się wycofać...