23.02.2024, 00:47 ✶
—Czy to komplement? — zapytała filuternie, bo o ile nie była tak tępa i wiedziała z czym beztroska młodość się wiąże, myśl o jej własnej nie przywodziła na podniebienie umysłu najsłodszych posmaków.
Wieczór kładł się powoli cieniem w ogrodach, a pojedyncze lampy niespiesznie rozpalały jego zielone zakamarki. A to zaczynało dźwięczeć zupełnie innym życiem iż za dnia. Światła w oknach przygaszone za pomocą firan i zasłon informowały, że to tam teraz odbywają się największe spektakle, dostępne dla nielicznych oczu. Ale wcale za tymi spektaklami nie tęskniła.
— Czas? — powtórzyła za nim, słowo grzejąc na języku — wydaje mi się, że to on koi i leczy te gorejące rany.
Nie pamiętała już, że w iskrzącym, nieco już przypalonym błękicie fal przyjmowała pokorę i uległość. Poczucie siły wciąż gdzieś tkwiło, ale za zasłoną wspomnienia, którego nie potrafiła się wyzbyć.
Uśmiechnęła się markotnie, ostrożnie krocząc po schodach prowadzących na plażę.
—Chciałabym też je wzniecać, wiesz?— wyszeptała, zagłuszając tym samym szelest piasku rozsypanego po drewnianych belkach.
— To jest...nie w tobie — dodała poprędko, zalewając się szkarłatem wstydnego rumieńca. Pokręciła z dezaprobatą głową na swoje słowa — kiedyś chciałam zmienić świat i byłam pewna, że to potrafię. Teraz jednak niczego już nie jestem pewna.
Wieczór powoli zamieniać miał się w ciepłą noc – i przez chwilę było istotnie tak, jakby ostatnie lata jej życia mieściły się w zagłębieniu zamkniętej dłoni jak garść złotego piasku, miękkie i nieistotne, wysypujące się przez palce, rozwiewane przez łagodną bryzę. Patrzyli dziś na siebie nawzajem, zupełnie, jakby obecnie widzieli się po raz pierwszy, badając napięcie mięśni, czarność ich odzienia i odpryski świateł zamknięte w pułapkach kolorowych cylindrów źrenic. Obserwowała go przede wszystkim nieinwazyjnie; jak zachwycała go jej zdaniem zwyczajność, jak wkraczał w krajobraz jej rzeczywistości z wylewnością, która była jej obca i której językiem jeszcze nie potrafiła mówić.
Usiadła na piaszczystym parkiecie, z butelką pod pachą, absolutnie gotowa na rozprawienie się z wadzącym korkiem.
Wieczór kładł się powoli cieniem w ogrodach, a pojedyncze lampy niespiesznie rozpalały jego zielone zakamarki. A to zaczynało dźwięczeć zupełnie innym życiem iż za dnia. Światła w oknach przygaszone za pomocą firan i zasłon informowały, że to tam teraz odbywają się największe spektakle, dostępne dla nielicznych oczu. Ale wcale za tymi spektaklami nie tęskniła.
— Czas? — powtórzyła za nim, słowo grzejąc na języku — wydaje mi się, że to on koi i leczy te gorejące rany.
Nie pamiętała już, że w iskrzącym, nieco już przypalonym błękicie fal przyjmowała pokorę i uległość. Poczucie siły wciąż gdzieś tkwiło, ale za zasłoną wspomnienia, którego nie potrafiła się wyzbyć.
Uśmiechnęła się markotnie, ostrożnie krocząc po schodach prowadzących na plażę.
—Chciałabym też je wzniecać, wiesz?— wyszeptała, zagłuszając tym samym szelest piasku rozsypanego po drewnianych belkach.
— To jest...nie w tobie — dodała poprędko, zalewając się szkarłatem wstydnego rumieńca. Pokręciła z dezaprobatą głową na swoje słowa — kiedyś chciałam zmienić świat i byłam pewna, że to potrafię. Teraz jednak niczego już nie jestem pewna.
Wieczór powoli zamieniać miał się w ciepłą noc – i przez chwilę było istotnie tak, jakby ostatnie lata jej życia mieściły się w zagłębieniu zamkniętej dłoni jak garść złotego piasku, miękkie i nieistotne, wysypujące się przez palce, rozwiewane przez łagodną bryzę. Patrzyli dziś na siebie nawzajem, zupełnie, jakby obecnie widzieli się po raz pierwszy, badając napięcie mięśni, czarność ich odzienia i odpryski świateł zamknięte w pułapkach kolorowych cylindrów źrenic. Obserwowała go przede wszystkim nieinwazyjnie; jak zachwycała go jej zdaniem zwyczajność, jak wkraczał w krajobraz jej rzeczywistości z wylewnością, która była jej obca i której językiem jeszcze nie potrafiła mówić.
Usiadła na piaszczystym parkiecie, z butelką pod pachą, absolutnie gotowa na rozprawienie się z wadzącym korkiem.