Policjanci byli różni, tak jak brygadziści byli różni. Chlew i rynsztok spotykał się z bojownikami o wolność i sprawiedliwość, idealistów i śmierdzących leni. Nic dziwnego, że nigdy nie dogadywał się ze Stanleyem i nie znosili się. Każdy każdemu zabierał robotę, bo w całym swoim pseudo-pracoholizmie ulubiony zajęciem Caina było siedzenie w biurze i układanie dokumentów. Miał burdel w domu, w życiu, to chociaż w pracy mógł wprowadzać porządek. Głównie wprowadzał go dlatego, że ilość zmiennych, jeśli wszystko fruwało wokół i każda teczka była na innym miejscu, rozsadzała mu głowę i wyłączała z funkcjonowania. Ludzie potrafili zostawiać rzeczy w najbardziej absurdalnych miejscach. Zaparzali sobie kawę, zagadali się, albo zaczytali w aktach i zaparzacz od kawy lądował koło śmietnika, chociaż kuchnia była na drugim końcu biura. I potem nikt nie umiał znaleźć zaparzacza. No przepadł! Ano, przepadł. Bo nikt normalny nie szukałby tam zaparzacza do kawy. Byli różni przedstawiciele prawa, polityki, nawet różne typy spod ciemnej gwiazdy. Przecież takich jak Flynn nie było na Nocturnie wielku. Stanowili mniejszość wśród szumowin, zasługiwał na... ach, ale nie o to teraz chodziło. A może jednak o to? Kiedy się przysypiało, kiedy obraz świata za oknem się przesuwał, gdy światło słońca było jak puszczanie oczka pomiędzy listowiem to każda myśli zadziwiająco łatwo wplatała się w rzeczywistość i splatała z pozotałymi. Tworzyły warkocz, którego nie zapamiętasz po zamknięciu oczu. Czy raczej - nikt normalny by nie zapamiętał. Ale on zapamięta. Myśli o tym, jakich przedstawicielu prawa Flynn spotkał i gdzie byli oni, skoro on był teraz tutaj. W końcu takich jak Cain też wielu nie było. O to w tym wszystkim chodziło, prawda? Dwójka dziwaków, która spotkała się w jeszcze dziwniejszym miejscu i zamiast zapytać "hej, jak masz na imię?" albo chociaż "Czy trzeba cię najpierw zaprosić na kawę?" to od razu...
- To nigdy wcześniej nie powiedziałem ci, że jesteś dla mnie jak kot? - Dla mnie, nie moim, jak kot, a nie kotem. Przypominał kota. Udawane zdziwienie, udawane, złapane zdanie. Bo przecież jeśli ktoś miał znać odpowiedź na to pytanie, to właśnie on. Ale to było przecież takie naturalne, prawda? Że ludzie zadawali takie pytania, kiedy sami wcale nie byli pewni, czy mówią prawdę. Czasami to życie było zwykłą imitacją. Kalkowaniem i kopiowaniem innych, ludzkich zachowań. Czasem, bo chociaż chciał, żeby Flynn czuł się jak najlepiej w jego towarzystwie to również czuł, że przy Flynnie wcale nie musi niczego udawać, nawet jeśli niektóre rzeczy chciał w sobie samym bardziej koloryzować. Nie przez brak zaufania czy obawy przed brakiem akceptacji. Głównie po to, żeby być troszkę lepszą wersją siebie. Dla niego, dla siebie samego. Był w końcu Cain i był Cain, którym on sam chciał być. Człowiek był zdolny do zmiany, wiedział o tym doskonale. Zmiany jednak były długimi procesami, a szczególnie, kiedy nie potrafiłeś zapomnieć o starych nawykach.
Gdzieś po drodze naprawdę przysnął. Oparty o ścianę, trzymając swoją dłoń na dłoni Flynna, która zacisnęła się w którymś momencie na jego udzie, a kiedy ją cofnął (z konieczności, by zmienić bieg) to osunęła mu się na bok i nawet nie szukała znów kontaktu, potrzeby przytrzymania, żeby ta ręka czasem nie uciekła, żeby został. Tak jak trzymał go mocno przy sobie, jak zasypiali, mając w sobie to smutne przekonanie, że kiedy się obudzi to jego już nie będzie. Lecz był. Kot wcale nie uciekł. Jedyne, czego się dopuścił, to wkurwienie sąsiadów. Na szczęście sąsiadów, którymi nie musiał się przejmować, bo prawdę mówiąc przeżarłyby go nerwy. Taki był tamtej nocy cocky, a w gruncie rzeczy kiedy sobie uświadomił jakie teksty poleciały w kierunku tamtego policjanta to zdjęły go nerwy. Tylko chwilowe, tylko moment, ale przecież musiał utrzymywać pewien wizerunek, który mógł się sypać, gdy w głowie dzwoniło ci "a co jeśli"... Co jeśli ten świat mugoli i czarodziei się przeniknie, ktoś się dowie... irracjonalne? Nie tak baardzo. Kiedy Cain bardzo chciał znaleźć informacje o kimś, to skoro miałeś jego adres zamieszkania (a to była podstawa podstaw!) to rozejrzenie się po jego okolicy było zazwyczaj jednym z najlepszych źródeł. Ludzie kochali plotki, kochali gadać. Trzeba tylko odsiewać ziarno od chwastów.
- Zmienić adres? Naah. Posłałbym sowę do dobrego konserwatora, żeby moje ciało posłużyło ci dłużej. - Uniósł kącik ust ku górze. Niczego nie było widać, a jak Flynn widział szczegóły na drodze... Cain wiedział czasem, jakich pytań NIE zadawać. Na przykład o to, czy Flynn skacze od kochanka do kochanka i czy powtarza podobne rzeczy z dziesięcioma innymi osobami niż z nim. I nawet nie potrafił być zły, było mu tylko... przykro. Przykro, że jego unikalność w życiu tego człowieka nie istniała i że dostawał kawałek tego, czym powinien się cieszyć. Tego, że Flynn w ogóle mu poświęcał uwagę. To nie było zdrowe, nie było nawet normalne, szczególnie że w czysto logicznym rozumowaniu widział, że to wcale nie jest do końca tak. Przez te gesty, jakie Flynn robił, przez to, jak się otwierał i na ile pozwalał w sprawach personalnych. Ale z drugiej strony może chicał go po prostu takim widzieć? Drugą rzeczą było nie pytanie o to, czy on w ogóle coś na tej drodze widzi, skoro jego oczy nie odróżniały kolorów, a skala szarości... niestety skala szarości potrafiła diabolicznie przyciemniać obraz.
Poruszył bezgłośnie wargami, ale było wiadome, co mówi - powtarzał. "Jeden z domów braci mojego przyjaciela". Nigdy nie był dobry w te rodzinne koligacje. I mógł mieć super pamięć, ale czasem rozwikłanie tego warkoczyka, jakim było podążanie za drzewem genealogicznym stanowiło dla niego kłopot. Skinął tym nie mniej głową - łatwe się wylosowało. Kiedy samochód się zatrzymał nadstawił twarz w jego kierunku, a kiedy Flynn wysiadł to on wysiadł za nim. Nie wypadało się przecież nie przywitać, nie pokazać, nie... no w sumie nie wiadomo co. Okej, nie był wcale aż taki kulturalny. Natomiast do starszych ludzi miał szacunek z nawyku Moodych. Starsi sobie zazwyczaj zapracowali na ten szacunek... inna sprawa, że niewielu Moodych starości dożyło. Takie miał już wypracowane mniemanie o tej nieszczęśliwej rodzinie.
- Cain. - Uśmiechnął się do kobiety szarmancko, prawie jakby zaraz miał wyciągnąć bukiet kwiatów albo ucałować ją w dłoń. Nic takiego nie nastąpiło. - Dziękuję za gościnę - i bardzo miło mi poznać. - Uścisnął dłoń kobiety, a potem spojrzał na tego wnuka i na... ciemność? Gdziekolwiek i na cokolwiek Flynn spoglądał. Zaraz rozejrzał się po otoczeniu, które było... obce. Czar uśmiechu, jakże sympatycznego mężczyzny, lekkiego i radosnego, spłynął z jego twarzy jak ręką odjął, jakby był najlepką możliwą do przeklejania ze strony na stronę. To naprawdę było jedno z doskonałych miejsc na mord. I nieee, nie oskarżał o niego Fleamonta (w końcu wierzył, że może umrzeć każdego dnia, a to, że jeszcze nie umarł było dla niego tragedią), chociaż to byłaby dobra śmierć - z jego rąk - najlepiej z jego rękoma na swojej szyi - ale nie zmienia to faktu, że jego głowa produkowała teraz sporo informacji. Z czystego nawyku. Swędziało go aż, żeby zrobić cały obchód terenu, żeby zbadać każdą drogę ucieczki z tego miejsca, żeby zabezpieczyć przynajmniej jedną drogę, żeby powiedzieć Flynnowi, żeby przestawił samochód - powinien być zwrócony w kierunku wyjazdu, gdyby... gdyby, no nie wiem, zleciało się tu stado puffków i chciało ich udusić swoimi jęzorami wpychanymi do nosów.
- Powinieneś przestawić samochód, żeby był przodem do drogi. - Czy to już była nerwica natręctw? Może. Ale nie powstrzymał się. - Czy my będziemy sami? Czy jestem zobowiązany do trzymania się tego drugiego pokoju? - Zamiótł całą tą gromadę myśli i przestał przyglądać się otoczeniu, jakby wyliczał każdy jebany metr tego podwórka i to, czy z pobliskiego drzewa dało się wejść na dach budynku albo do sypialni na piętrze. Podszedł zamiast tego do bagażnika, żeby wyciągnąć ich torby. - Czuję się jak bobas, który mógłby przespać dwanaście godzin. - Z przerwami. No, takimi jak pobudka w czasie jazdy, na przykład. Żartował, bo w końcu jego sen był jaki był. Czasem było tylko dziwne to, że ze zmęczenia nie padał nosem w biurko. Choć i to się zdarzało. I za każdym razem się cieszył, że było to bezbolesne zaśnięcie... chyba że rozlał akurat coś na biurko. Wtedy już ciężko wzdychał.