04.12.2022, 00:15 ✶
Patrick westchnął teatralnie. Nie uważał, żeby naprawdę był biedny. Raczej zbyt nieuważny. No i już wiedział, że to po prostu nie był jego dzień. Zazwyczaj nie miał aż tak dużego pecha (albo tego nie zauważał).
- Mav, skarbie, ja żartowałem z tym cukrem – wtrącił łagodnie. Z łapaniem właścicielki kosza i konfiskowaniem jego zawartości też żartował. Wieczór był przyjemny, nie było sensu psuć go jakimiś pościgami za staruszką. Jeszcze by im uciekła i dopiero by się wstydu najedli. I tym razem we trójkę. – Kremowe piwo będzie dzisiaj najlepsze dla mnie. Nie jestem uzdrowicielem, ale organizm chyba lepiej dochodzi do siebie bez dodatkowych procentów we krwi.
Także tego, Brenna mogła mieć kubki smakowe dwunastolatka, ale tego wieczoru znalazła w Stewardzie smakowego sprzymierzeńca. Przez chwilę patrzył na mijane stragany, bardziej po to by zorientować się, co właściwie można było na nich kupić, niż żeby faktycznie planował wydawać pieniądze. W kwestii piwa kremowego, postanowił zaufać genialnemu węchowi Mavelle (sam pewnie po prostu zapytałby pierwszą osobę, którą zobaczyłby z butelką w ręku skąd ją ma).
Zamrugał, gdy Brenna wspomniała o szyszce. Zapatrzył się na nią skonfundowany. Przecież już miał szyszkę. Owszem, nie taką, którą wygrałby w losowaniu, ale tę którą znalazł w lesie. Dosłownie na kilka minut przed tym jak skręcił kostkę. Wymacał ją w kieszeni i wyjął, by obejrzeć podejrzliwie. Wyglądała niepozornie, jak zwykła, niewinna, przemoczona szyszka. Tyle że najwidoczniej wcale nie była taka niewinna. Nie, nie był przesądny, ale…
- To ta szyszka – powiedział tonem, który jasno wskazywał na to, że właśnie odnalazł winowajcę wszystkich swoich dzisiejszych niepowodzeń. – Najlepiej będzie, jak ją wyrzucę.
Zamachnął się i cisnął szyszką przed siebie. Jak na złość szyszka pofrunęła w stronę Astorii Trelawney i uderzyła ją w ramię. Patrick skrzywił się.
- To chyba nadal nie jest mój dzień – przyznał. – PRZEPRASZAM! – zawołał.
- Mav, skarbie, ja żartowałem z tym cukrem – wtrącił łagodnie. Z łapaniem właścicielki kosza i konfiskowaniem jego zawartości też żartował. Wieczór był przyjemny, nie było sensu psuć go jakimiś pościgami za staruszką. Jeszcze by im uciekła i dopiero by się wstydu najedli. I tym razem we trójkę. – Kremowe piwo będzie dzisiaj najlepsze dla mnie. Nie jestem uzdrowicielem, ale organizm chyba lepiej dochodzi do siebie bez dodatkowych procentów we krwi.
Także tego, Brenna mogła mieć kubki smakowe dwunastolatka, ale tego wieczoru znalazła w Stewardzie smakowego sprzymierzeńca. Przez chwilę patrzył na mijane stragany, bardziej po to by zorientować się, co właściwie można było na nich kupić, niż żeby faktycznie planował wydawać pieniądze. W kwestii piwa kremowego, postanowił zaufać genialnemu węchowi Mavelle (sam pewnie po prostu zapytałby pierwszą osobę, którą zobaczyłby z butelką w ręku skąd ją ma).
Zamrugał, gdy Brenna wspomniała o szyszce. Zapatrzył się na nią skonfundowany. Przecież już miał szyszkę. Owszem, nie taką, którą wygrałby w losowaniu, ale tę którą znalazł w lesie. Dosłownie na kilka minut przed tym jak skręcił kostkę. Wymacał ją w kieszeni i wyjął, by obejrzeć podejrzliwie. Wyglądała niepozornie, jak zwykła, niewinna, przemoczona szyszka. Tyle że najwidoczniej wcale nie była taka niewinna. Nie, nie był przesądny, ale…
- To ta szyszka – powiedział tonem, który jasno wskazywał na to, że właśnie odnalazł winowajcę wszystkich swoich dzisiejszych niepowodzeń. – Najlepiej będzie, jak ją wyrzucę.
Zamachnął się i cisnął szyszką przed siebie. Jak na złość szyszka pofrunęła w stronę Astorii Trelawney i uderzyła ją w ramię. Patrick skrzywił się.
- To chyba nadal nie jest mój dzień – przyznał. – PRZEPRASZAM! – zawołał.