23.02.2024, 15:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2024, 00:22 przez Samuel McGonagall.)
Był emocjonalnym wrakiem. Od czasu potańcówki odmawiał wszelkich robót, odwołał te, na które już się poumawiał, w miarę możliwości znajdując dla siebie zastępstwo.
Potrzebował przerwy.
Wrzosowiska stały się dla niego azylem. Znajdujące się na granicy tego co ludzkie i tego co dzikie. Mógł leżeć pośród niewielkich ruin pierwszych ludzkich domostw w swojej niedźwiedziej formie i patrzeć paciorkowatymi oczyma na skraj puszczy. Patrzeć i tęsknić, ale nawet ta tęsknota nie była tak szalejąca, jak wszystkie kołtuny, które czekały na niego w miasteczku. Serce spragnione czułości, kontaktu, potrzeby emocjonalne i społeczne dawno temu utopione na magicznym torfowisku pośród rechotu olbrzymich purpurowych ropuch, teraz wszystkie krzyczały na niego i Samuel sam już wątpił, czy te chaszcze, ten gwałtowny rozrost flory wszędzie wkoło... czy to nie była jednak jego wina.
Ale teraz... leżał spokojnie, samotnie pośród kwiatów. Chłonął słońce i myśli znów miał proste i klarowne. Nie potrzebował więcej niż błękit nieba, milczenie, ból, który był w stanie nieść, tak jak niósł go od śmierci ojca i ucieczki, być może ostatecznej, jego matki. Nie kwestionował jej miłości wobec niego, klątwa jednak rządziła się własnymi prawami. Może gdzieś tam była, siedziała na gałęzi i patrzyła na niedźwiedzia. Czy przypominał jej ukochanego chłopca, którego zostawiła za sobą? Czy jastrząb pamiętał, że jego dziecię może być przerośniętym, opatulonym brunatnym futrem ssakiem?
Pierwszy powiedział mu nos. Ktoś był na polanie. Na jego samotni. Kolejne komplikacje... Drgnął i uniósł łeb dostrzegając kobiecą sylwetkę. Podniósł się, dźwignął cielsko gwałtownie, ale momentalnie przypomniał sobie pewien incydent sprzed dwóch miesięcy, ukrył się pośród resztek obrośniętych murów i od razu zrzucił bezpieczną skórę. Nie znał tego zapachu, nie wiedział, czy nieznajoma jest czarownicą czy nazbyt odważną mugolką. Najwyżej powie jej że to krzaki, tak krzaki zawiało coś się jej wydawało, tak... czy w ogóle patrzyła w jego stronę? Mimowolnie napiął się. Od tygodni nikt tu się nie zapuszczał, czemu akruat dziś, kiedy tak bardzo potrzebował być sam ze sobą?
Musiał jednak sprawdzić, ewentualnie nawciskać kitu (w czym był beznadziejnie żałosny). Poprawił swoją wymiętą kraciasta koszulę, strzepnął ziemie z wysłużonych jeansów. Broda powoli odrastała, wciąż jednak wyglądał całkiem cywilizowanie. No dobrze... więc jak to szło?
– Hej, hej świetny dzień na spacer czyż nie szanowna pani? – wysunął głowę zza winkla i ruszył w stronę kobiety, uśmiechając się i mówiąc tak naturalnie, jak uczniak pierwszy raz dostający tekst roli do szkolnego przedstawienia.