23.02.2024, 15:07 ✶
Brenna przemieniła się z powrotem w tym samym momencie, w którym Lestrange przywołał do siebie różdżkę. Wprawdzie nie ugryzła mocno - ledwo zarysowała zębami skórę mężczyzny - ale w ustach i tak czuła smak krwi.
- No co ty nie powiesz, Lestrange, a właśnie zamierzałam go zeżreć na śniadanie - oświadczyła, wydobywając jednocześnie z kieszeni marynarki magiczne kajdanki, bo wprawdzie nie usłyszała wuja, ale ona po prostu... chyba nie mogłaby ot tak kogoś zabić z zimną krwią i to nie tylko dlatego, że pewnie czekałyby ją z tego powodu konsekwencje w pracy. W ogniu walki: być może. Gdyby ten ktoś właśnie zamordował bliską jej osobę... z dużym prawdopodobieństwem.
Ale w tej chwili nawet nie przyszło jej do głowy.
Mężczyzna próbował się wyrywać, ale jak większość czarodziei, polegających bardziej na magii niż aktywności fizycznej, osiłek był z niego żaden, a skuwanie innych było dla niej rutyną. Zimna stal zacisnęła się na nadgarstkach, a Brenna dźwignęła się na nogi, ciągnąc go za sobą.
Gdy kątem oka dojrzała wujka, zataczającego się na ścianę, zadrżały jej ręce, ale nie puściła. Miała chęć rzucić się ku Morpheusowi, ale cholera wiedziała, gdzie byli. To mógł być zwykły dom, z magicznym przejściem, w jakiś sposób ukryty i pełen pułapek. A może wuj jednak miał rację i tkwili gdzieś poza czasem, każda sekunda była cenna, oni zaś stracili ze dwie minuty na kłótnię, kto pójdzie przodem i dlaczego. Lepiej było jak najszybciej stąd Longbottoma wyprowadzić i zająć się nim w bezpiecznym miejscu.
- Jesteś aresztowany, a twoje prawa odczytam ci, kiedy tylko stąd wyjdziemy - warknęła, a potem popchnęła go ku lustru. Skoro wujek tak twierdził... I tak nie mieli innego wyjścia, prawda? - To wyjście? Wrócimy tędy do tego samego miejsca, z którego wyszliśmy? I na twoim miejscu powiedziałabym prawdę, bo pójdziemy we dwoje przodem.
- No co ty nie powiesz, Lestrange, a właśnie zamierzałam go zeżreć na śniadanie - oświadczyła, wydobywając jednocześnie z kieszeni marynarki magiczne kajdanki, bo wprawdzie nie usłyszała wuja, ale ona po prostu... chyba nie mogłaby ot tak kogoś zabić z zimną krwią i to nie tylko dlatego, że pewnie czekałyby ją z tego powodu konsekwencje w pracy. W ogniu walki: być może. Gdyby ten ktoś właśnie zamordował bliską jej osobę... z dużym prawdopodobieństwem.
Ale w tej chwili nawet nie przyszło jej do głowy.
Mężczyzna próbował się wyrywać, ale jak większość czarodziei, polegających bardziej na magii niż aktywności fizycznej, osiłek był z niego żaden, a skuwanie innych było dla niej rutyną. Zimna stal zacisnęła się na nadgarstkach, a Brenna dźwignęła się na nogi, ciągnąc go za sobą.
Gdy kątem oka dojrzała wujka, zataczającego się na ścianę, zadrżały jej ręce, ale nie puściła. Miała chęć rzucić się ku Morpheusowi, ale cholera wiedziała, gdzie byli. To mógł być zwykły dom, z magicznym przejściem, w jakiś sposób ukryty i pełen pułapek. A może wuj jednak miał rację i tkwili gdzieś poza czasem, każda sekunda była cenna, oni zaś stracili ze dwie minuty na kłótnię, kto pójdzie przodem i dlaczego. Lepiej było jak najszybciej stąd Longbottoma wyprowadzić i zająć się nim w bezpiecznym miejscu.
- Jesteś aresztowany, a twoje prawa odczytam ci, kiedy tylko stąd wyjdziemy - warknęła, a potem popchnęła go ku lustru. Skoro wujek tak twierdził... I tak nie mieli innego wyjścia, prawda? - To wyjście? Wrócimy tędy do tego samego miejsca, z którego wyszliśmy? I na twoim miejscu powiedziałabym prawdę, bo pójdziemy we dwoje przodem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.