04.12.2022, 02:32 ✶
Mimowolnie, Patrick znowu spojrzał w kierunku ściany i zawieszonych na niej dziecięcych obrazków. Uderzyło w niego, że Lyndon był tylko ośmiolatkiem. Niby wiedział o tym i wcześniej, ale teraz, w tym domu, chłopiec przestał być tylko zgłoszonym imieniem i nazwiskiem. Zyskał twarz, sylwetkę i całe normalne życie. Słowa Brenny zawisły ciężko w powietrzu. Musiał je przetrawić. Zastanowić się nad tym, co naprawdę mogły oznaczać.
- To źle brzmi w obydwu przypadkach – podsumował kwaśno. – W pierwszym trafił pod skrzydła wariatów, w drugim wariatów zamierzających wykorzystać go w jakimś czarnomagicznym rytuale.
W pamięci brygadzistki znowu wybrzmiał piskliwy, kobiecy głos. „Pierre? Skarbie?” – wymruczała szukając Lyndona. Nie, stanowczo nie miała francuskiego akcentu.
Steward uderzył różdżką w fiolkę, by zapieczętować ją i zapobiec przed późniejszym stłuczeniem. Podniósł się z kucek, znowu omiatając wzrokiem całe wnętrze. Dalej trawił słowa Brenny, choć tym razem, mieszał je jeszcze z czymś innym, co kłębiło się w jego własnej głowie.
Zaczekał aż wstała, by posłać jej przyjazny, choć z uwagi na całą sytuację mało wesoły uśmiech.
- Hej, i tak dużo zrobiłaś. Dzięki tobie wiem co tu się właściwie stało, kogo mam szukać i kto umarł. Bez ciebie nie miałbym żadnej z tych informacji – przypomniał uczciwie. Patrick nie wiedział, co mogłaby jeszcze zrobić w tej sytuacji. – Zanim się stąd wyniosę, muszę jeszcze przeszukać mieszkanie. Jeśli Emily naprawdę ich znała, może będą tu o nich jakieś informacje. Jeśli nie… - wzruszył ramionami. Przynajmniej wiedział, że właścicielka już nie wróci, miał więc sporo czasu. – W każdym razie, możesz już wracać do ministerstwa. Oczywiście jak tylko poczujesz się na tyle dobrze by móc się aportować.
Zamilkł na krótki moment. Coś jeszcze chodziło mu po głowie.
- Właściwie to… Chcesz pracować ze mną przy tej sprawie? – zapytał cicho. – Zrozumiem, jeśli z wolałabyś się do tego nie mieszać. Już mi bardzo pomogłaś – podkreślił.
- To źle brzmi w obydwu przypadkach – podsumował kwaśno. – W pierwszym trafił pod skrzydła wariatów, w drugim wariatów zamierzających wykorzystać go w jakimś czarnomagicznym rytuale.
W pamięci brygadzistki znowu wybrzmiał piskliwy, kobiecy głos. „Pierre? Skarbie?” – wymruczała szukając Lyndona. Nie, stanowczo nie miała francuskiego akcentu.
Steward uderzył różdżką w fiolkę, by zapieczętować ją i zapobiec przed późniejszym stłuczeniem. Podniósł się z kucek, znowu omiatając wzrokiem całe wnętrze. Dalej trawił słowa Brenny, choć tym razem, mieszał je jeszcze z czymś innym, co kłębiło się w jego własnej głowie.
Zaczekał aż wstała, by posłać jej przyjazny, choć z uwagi na całą sytuację mało wesoły uśmiech.
- Hej, i tak dużo zrobiłaś. Dzięki tobie wiem co tu się właściwie stało, kogo mam szukać i kto umarł. Bez ciebie nie miałbym żadnej z tych informacji – przypomniał uczciwie. Patrick nie wiedział, co mogłaby jeszcze zrobić w tej sytuacji. – Zanim się stąd wyniosę, muszę jeszcze przeszukać mieszkanie. Jeśli Emily naprawdę ich znała, może będą tu o nich jakieś informacje. Jeśli nie… - wzruszył ramionami. Przynajmniej wiedział, że właścicielka już nie wróci, miał więc sporo czasu. – W każdym razie, możesz już wracać do ministerstwa. Oczywiście jak tylko poczujesz się na tyle dobrze by móc się aportować.
Zamilkł na krótki moment. Coś jeszcze chodziło mu po głowie.
- Właściwie to… Chcesz pracować ze mną przy tej sprawie? – zapytał cicho. – Zrozumiem, jeśli z wolałabyś się do tego nie mieszać. Już mi bardzo pomogłaś – podkreślił.