24.02.2024, 07:54 ✶
Zetknąwszy się z zimnymi falami, Flynn wcale nie nabrał siły do wyrwania się z pęt obłędu, w jakie wpadł pod wpływem wyśpiewanej przez selkie melodii. Tonął w każdym tego słowa znaczeniu, na jakie mógł tylko wpaść - fizycznie zanurzał się w bezkresnej, zimnej szarości, mentalnie tkwił zawieszony w pragnieniu wynurzenia się, ale tylko po to, aby przed zetknięciem się ze śmiercią móc jeszcze raz usłyszeć anielski głos niosący się delikatnie pośród szumu morza. Był w nim bezgranicznie zakochany. Obłęd! Wiedział, że to jest obłęd, to nie było normalne opadać w dół tej ciemnoszarej toni, dawać znosić swoje ciało ku brzegowi, ale zbyt wolno, by mieć jakiekolwiek szanse na przeżycie. I w tej ciemności, w szarości pętającej duszę i ciało, przy świadomości rychłej śmierci zbliżającej się wielkimi krokami... nie myślał o żadnym z mężczyzn, których tak kochał całym sercem. Alexander, który jeszcze przed chwilą tak intensywnie zajmował jego wieczór - jakby nie istniał. Idealna szarość tak intensywnie kojarząca mu się z odcieniem oczu Caina - teraz przypominała mu co najwyżej rychły koniec. Liczyła się tylko ta chwila - ta piosenka, która nie docierała już do jego uszu, ale wciąż nie chciała go opuścić. Nigdy w swoim życiu nie czuł, że szczęście było aż tak blisko - to wszystko było tak oczywiste tak jak wschód i zachód słońca, jak przyciąganie ziemskie. Ten śpiew był jak grawitacja - chciał być tak blisko jak tylko się dało, tak blisko tego słońca, aby się sparzyć. A jeśli nie mógł się nim sparzyć, jeżeli wszechświat miał mu tego odmówić, to lepiej było nie istnieć, dać wszystkim spokój. Przecież nic innego nie miało żadnego większego sensu.
Nie musiał umierać.
Chociaż oczyma wyobraźni widział już, jak woda zmywa z jego twarzy ostatnie tchnienie, jak nie może bronić się przed jej naciskiem i łamaniem kości, kiedy uderza plecami o falochron, koniec nie przyszedł. Nie przyszły też gwiazdy ani księżyc - wciąż znajdował się pod powierzchnią, ale w tej głębi pojawiła się też twarz - wyciągająca go stąd w tak prosty sposób - bo zdał sobie sprawę z tego, że tonąc wolno i bezsilnie, kiedy miał ją przed sobą, skazywał się na ciszę i zimno. Był wyczerpany, ale faktycznie podjął się próby uratowania własnego życia. Zrobił też coś więcej - coś czego pewnie będzie się kiedyś wstydził. Jasne, że wiedział - nie powinien jej dotykać. Nie powinien szarpać jej za sukienkę, wyciągając ją na brzeg. Nie powinien wykorzystywać sytuacji, dotykając jej pomiędzy udami. Nie powinien jej całować. Nie powinien przyciskać jej do piasku zaklęciem na wypadek gdyby chciała uciec, kiedy od musiał odsunąć się na chwilę, żeby odkaszlnąć mocno i splunąć gdzieś z boku. Zrobił to wszystko tak czy siak. A później klęcząc, rzuciwszy swoją kurtkę gdzieś daleko, poza zasięg obywających ich co kilka sekund fal, zmarszczył brwi. Na chwilę stał się dawnym sobą.
- Ty podła karykaturo człowieka, prawie się przez ciebie utopiłem - ryknął wręcz, z miną dającą do zrozumienia, że kopnięcie w brzuch sprzed ponad tygodnia i potencjalne zniszczenie ubrania stały się naprawdę trywialne w obliczu zetknięcia z kimś tak stukniętym jak Crow. To nie był piękny widok - mokre włosy oblepiały mu twarz, zrzucił z siebie mokrą kurtkę zasłaniającą dotychczas pocięte ręce - był tym obiektem fantazji i jednocześnie nim nie był. Niewątpliwie stanowił dla niej jakąś inspirację, ale w tej prawdziwej wersji był kimś strasznie upodlonym. Jasne, że skrzywdził go los, nikt normalny nie wybierał sam dla siebie bycia ani tak doszczętnie smutnym, ani tak doszczętnie złym, na jakiego się kreował, drzemiąca w nim agresja nie wzięła się znikąd, niemalże nic nie było dla niego łaskawe - można go było tłumaczyć godzinami, ale ostatecznie wciąż na brzegu morza klęczał ktoś, nad kim wszechświat spędził zdecydowanie za mało czasu i zapomniał dać mu jakieś stałe źródło radości, które by mu pomogło nie popaść w taką ruinę. Średnio estetyczne tatuaże nie miały szans zakryć wszystkich jego ran. Nawet słonej wodzie nie udało się całkowicie przykryć odoru alkoholu. Mokre ubranie oblepiające jego ciało przypominało, jak długo potrafił chodzić w tym samym, przez ile dni potrafił siedzieć brudny, jeżeli nikt nie przypominał mu jak żyć.
Ale te ta agresja przepadała. Jego oblicze stawało się delikatniejsze, a on sam drgał od chłodnych dreszczy tnących go raz za razem. Był wyziębiony, przemoczony i na pewno na łykał się więcej słonej wody, niż przed chwilą wypluł. Klęczał na tym piasku, skąpany w blasku księżyca i może teraz faktycznie wyglądał trochę jak on ze snów - bo sprawiał wrażenie kogoś, kto mógłby obiecać, że odnajdzie go w każdym życiu, w jakim mogliby żyć, jakby miał kochać tak samo i do końca czasu. Szczególnie kiedy głos mu się złamał.
- Zaśpiewaj dla mnie jeszcze raz. - Już wcale nie była podłą kreaturą. Nagle stała się jego promyczkiem. Wcale już z tym nie walczył. Otarł tylko twarz z cieknącej wody. - Proszę. - Nie miało to błagalnego tonu. To był cichy szept rzucony tak, że niemalże przykrył go szum fal, które jeszcze przed chwilą były tak blisko odebrania mu życia. Opadł na tę kobietę, wstrzymując się przed wgnieceniem jej w piasek poprzez podtrzymanie się na łokciach po bokach jej głowy. Przypominała mu kogoś niewątpliwie - ich twarze były prawie identyczne, ale chyba nic nie sprawi już, że sam z siebie oprzytomnieje, skoro dostał na głowę coś więcej niż kubeł zimnej wody - nie pomogło mu całe morze. Po cóż miałby więc uciekać, nawet gdyby pobiegł w kierunku najdalszym od tego, to i tak chciałby tu wrócić? - Nie mogę wyrzucić tej melodii ze swojej głowy. - Nie trzymał go już zaklęciem, ale kolano wciśnięte między jego nogi skutecznie wciskało materiał sukienki w piasek. Był piekielnie silnym człowiekiem, ale jednocześnie... jego oczy były tak zagubione jak nigdy. Nie potrafił udawać, że nie jest zdesperowany, że nie dało się go tu i teraz zniszczyć tak, żeby nie mógł się po tym pozbierać - kilka słów, tyle by pewnie wystarczyło, aby go wymazać - o ile chciało się wybudzić go z tego stanu, w jaki się wplątał w pół świadomie.
Nie musiał umierać.
Chociaż oczyma wyobraźni widział już, jak woda zmywa z jego twarzy ostatnie tchnienie, jak nie może bronić się przed jej naciskiem i łamaniem kości, kiedy uderza plecami o falochron, koniec nie przyszedł. Nie przyszły też gwiazdy ani księżyc - wciąż znajdował się pod powierzchnią, ale w tej głębi pojawiła się też twarz - wyciągająca go stąd w tak prosty sposób - bo zdał sobie sprawę z tego, że tonąc wolno i bezsilnie, kiedy miał ją przed sobą, skazywał się na ciszę i zimno. Był wyczerpany, ale faktycznie podjął się próby uratowania własnego życia. Zrobił też coś więcej - coś czego pewnie będzie się kiedyś wstydził. Jasne, że wiedział - nie powinien jej dotykać. Nie powinien szarpać jej za sukienkę, wyciągając ją na brzeg. Nie powinien wykorzystywać sytuacji, dotykając jej pomiędzy udami. Nie powinien jej całować. Nie powinien przyciskać jej do piasku zaklęciem na wypadek gdyby chciała uciec, kiedy od musiał odsunąć się na chwilę, żeby odkaszlnąć mocno i splunąć gdzieś z boku. Zrobił to wszystko tak czy siak. A później klęcząc, rzuciwszy swoją kurtkę gdzieś daleko, poza zasięg obywających ich co kilka sekund fal, zmarszczył brwi. Na chwilę stał się dawnym sobą.
- Ty podła karykaturo człowieka, prawie się przez ciebie utopiłem - ryknął wręcz, z miną dającą do zrozumienia, że kopnięcie w brzuch sprzed ponad tygodnia i potencjalne zniszczenie ubrania stały się naprawdę trywialne w obliczu zetknięcia z kimś tak stukniętym jak Crow. To nie był piękny widok - mokre włosy oblepiały mu twarz, zrzucił z siebie mokrą kurtkę zasłaniającą dotychczas pocięte ręce - był tym obiektem fantazji i jednocześnie nim nie był. Niewątpliwie stanowił dla niej jakąś inspirację, ale w tej prawdziwej wersji był kimś strasznie upodlonym. Jasne, że skrzywdził go los, nikt normalny nie wybierał sam dla siebie bycia ani tak doszczętnie smutnym, ani tak doszczętnie złym, na jakiego się kreował, drzemiąca w nim agresja nie wzięła się znikąd, niemalże nic nie było dla niego łaskawe - można go było tłumaczyć godzinami, ale ostatecznie wciąż na brzegu morza klęczał ktoś, nad kim wszechświat spędził zdecydowanie za mało czasu i zapomniał dać mu jakieś stałe źródło radości, które by mu pomogło nie popaść w taką ruinę. Średnio estetyczne tatuaże nie miały szans zakryć wszystkich jego ran. Nawet słonej wodzie nie udało się całkowicie przykryć odoru alkoholu. Mokre ubranie oblepiające jego ciało przypominało, jak długo potrafił chodzić w tym samym, przez ile dni potrafił siedzieć brudny, jeżeli nikt nie przypominał mu jak żyć.
Ale te ta agresja przepadała. Jego oblicze stawało się delikatniejsze, a on sam drgał od chłodnych dreszczy tnących go raz za razem. Był wyziębiony, przemoczony i na pewno na łykał się więcej słonej wody, niż przed chwilą wypluł. Klęczał na tym piasku, skąpany w blasku księżyca i może teraz faktycznie wyglądał trochę jak on ze snów - bo sprawiał wrażenie kogoś, kto mógłby obiecać, że odnajdzie go w każdym życiu, w jakim mogliby żyć, jakby miał kochać tak samo i do końca czasu. Szczególnie kiedy głos mu się złamał.
- Zaśpiewaj dla mnie jeszcze raz. - Już wcale nie była podłą kreaturą. Nagle stała się jego promyczkiem. Wcale już z tym nie walczył. Otarł tylko twarz z cieknącej wody. - Proszę. - Nie miało to błagalnego tonu. To był cichy szept rzucony tak, że niemalże przykrył go szum fal, które jeszcze przed chwilą były tak blisko odebrania mu życia. Opadł na tę kobietę, wstrzymując się przed wgnieceniem jej w piasek poprzez podtrzymanie się na łokciach po bokach jej głowy. Przypominała mu kogoś niewątpliwie - ich twarze były prawie identyczne, ale chyba nic nie sprawi już, że sam z siebie oprzytomnieje, skoro dostał na głowę coś więcej niż kubeł zimnej wody - nie pomogło mu całe morze. Po cóż miałby więc uciekać, nawet gdyby pobiegł w kierunku najdalszym od tego, to i tak chciałby tu wrócić? - Nie mogę wyrzucić tej melodii ze swojej głowy. - Nie trzymał go już zaklęciem, ale kolano wciśnięte między jego nogi skutecznie wciskało materiał sukienki w piasek. Był piekielnie silnym człowiekiem, ale jednocześnie... jego oczy były tak zagubione jak nigdy. Nie potrafił udawać, że nie jest zdesperowany, że nie dało się go tu i teraz zniszczyć tak, żeby nie mógł się po tym pozbierać - kilka słów, tyle by pewnie wystarczyło, aby go wymazać - o ile chciało się wybudzić go z tego stanu, w jaki się wplątał w pół świadomie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.