Nie lubił, jak jego ubranie śmierdziało. Naprawdę tego nie znosił. Och, nie ma co ukrywać, był brudasem, jego dom to był jeden wielki syf i czasami przychodziło się modlić, żeby nie znaleźć jakiegoś ukrytego, rodzącego się życia za kanapą, ale nie znosił śmierdzieć. Nie znosił tego dziwnego uczucia na skórze, wrażenia, że materiał jest nieświeży, że... po prostu tego nie lubił. Buchającego żaru i dymu też nie dało się polubić. Spodziewał się, że kiedy mówiono o eksplozjach to dymu nie zabraknie - zakrycie twarzy było tym ważniejsze dla niego samego zastosowanie. Oddzielenie chociaż części zmysłów od świata, oddzielenie emocji od gasnącej wrzawy. Idąc bokiem ulicy nie był w stanie nawet odróżnić dokładnych rys twarzy - szarość omiatała wszystko, welon podłej Wojny, która postanowiła przejechać się uliczkami Belfastu. On był tutaj ledwo jej cieniem. Naturalnym zjawiskiem, które musiało nadejść, żeby spojrzeć na końskie podkowy wypalone na bruku. Osmalone ściany, szyby, gryzące powietrze, wszystko to zostanie na nim, wszystko to będzie musiał z siebie zmyć. Był jednak taki brud, którego zmyć się nie dało. Taki, przed którym bronił się aktywnie i świadomie, nawet jeśli teraz minimalizacja odczuć płynących z tego wydarzenia ograniczała go do poczucia napięcia, kiedy pierwsza fala wzdrygnięcia przeminęła. Właśnie, bo czy da się do tego przyzwyczaić? Da. Kwestia czasu, kwestia osoby. Niektórzy nigdy nie będą w stanie pogodzić się z okrucieństwem, który tylko bliźni bliźniemu mógł wyrządzić. Podstępna znieczulica wpisana była w swojej dawce w życiorys Caina, ale nie przerodziła się w obojętność. Nie przerodziła się w pustkę, kiedy napotykał na takie obrazy. Ten dym nadal drażnił gardło, mimo filtru chusty, a widoki nadal drażniły psyche i ducha, mimo filtru znieczulenia.
Jego noga zatrzymała się, kiedy do jego uszu dotarło słowo. Jedno znaczące, uderzające młotem w gong serca słowo. Nie pomaganie mugolom było jego zadanie, ale nie pomaganie im też nie wchodziło w grę. Nie w przypadku bezpośrednich zagrożeń. To było pierwsze, co przyszło mu na myśl, a dopiero za tym, kiedy zwrócił swoją sylwetkę ku zgłąszanym hasłom i wyłonił się z tej szarugi, żeby zobaczyć tę czarną cegłę, do której mugol gadał, pomyślał, że ewentualny świadek to mógł być właśnie on - ten, który pomocy potrzebował. Ratownicy byli zajęci... czym? Sobą? Nie słyszeli? A może słyszeli, ale nie byli w stanie podjąć akcji w związku z sytuacją, jaka ich zastała i potrzebowali wsparcia? Nie mieli w końcu magii, nie mogli machnięciem różdżki uratować kogoś pogrzebanego pod kamieniami. Nie chciał im wchodzić w pole widzenia i łapać ich uwagi, przynajmniej nie na razie, ale i tak nadstawił ucha, ostrożnie cofając się w te półcienie dymów i cienie rzucane przez budynki. Słońce było tu filtrowane przez kłęby wzbijające się ku niebu. Przetarł zroszone potem czoło od gorąca, gdzie ciepło lata mieszało się z problemami z oddychaniem i ciepłem wokół. Skierował się w stronę źródła dźwięku, chcąc jegomościa namierzyć. Jedną dłonią dotknął ściany budynku (albo jego gruzów), spoglądając również na okolicę rozglądając się od razu za śladami, które po sobie mogłaby zostawić magia. Coś, co niekoniecznie mieściłoby się w mugolskich scenariuszach.
Rzut na lokalizację jegomościa
Sukces!
Akcja nieudana