Nie mieli szczęścia. Ich życie zawodowe kwitło, wszystko się w nim układało, w końcu każde z nich rozwijało się w kierunku, w którym miało predyspozycje. Nie brakowało im sukcesów zawodowych, tyle, że ponownie, zupełnie tak samo nie radzili sobie w tej drugiej części. Uczuciowej. Co za niefart. Życzyła Gio, aby trafił na kobietę, która odda mu swoje serce, pokocha go, bo był wspaniałym człowiekiem. Uważała, że nadawał się do stworzenia rodziny, w przeciwieństwie do niej, bo ona była dzika. Nie umiała żyć z kimś, nawet jak próbowała zawsze wszystko się psuło. Uznała, że łatwiej jej będzie, jeśli po prostu przestanie się angażować.
- Chyba już nie chcę takiego szczęścia, wiesz Gio. - Jego dotyk był przyjemny i uspokoił jej emocje, chyba tego potrzebowała. Dobrze było wiedzieć, że jest blisko i może na niego liczyć, bo mimo tej swojej szorstkości Gerry też była człowiekiem. Potrzebowała bliskości, chociaż tak okropnie się zawsze przed tym broniła i udawała, że jest przeciwnie. - Jednak wspólna starość, brzmi wspaniale. Widzę nas, siedzących w którejś z rezydencji, na takich fotelach bujanych, jak wspominamy te wszystkie śmieszne bale, na których razem byliśmy, jak ten ostatni u Longbottomów, gdzie wpadł bóbr, Thes zemdlał i działy się te wszystkie dziwne rzeczy, jak chociażby licytacja biednego Ericzka. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu na to wspomnienie. To nie był jedyny bal, na którym była z Gio. Jakoś tak się złożyło, że byli ze sobą w tych momentach, gdy wypadało się pokazać z kimś płci przeciwnej, nie było to wcale takie złe, bo wyśmienicie się ze sobą bawili.