— Odpocznij sobie od od tego, ale nie mów, że nie chcesz. Każdy chce kochać i być kochanym. I znaleźć tą jedną, jedyną osobę.
Uśmiechnął się ciepło i pogłaskał ją po głowie, jak starszy brat. Gdy opowiadała o wspomnieniach z balu, roześmiał się. Podszedł do komody.
— To było niesamowite, jak się o niego bili... Zdecydowanie będziemy to wspominać na naszych bujanych fotelach...
Nad komodą wisiało lustro, w ramie którego utkwiony był list. Giovanni sięgnął po niego i otworzył kopertę. Przejechał wzrokiem kartkę znajdującą się w środku. Znał cały jej tekst na pamięć. Powoli jego uśmiech tracił na radości.
— Geraldine... Chcę ci coś powiedzieć... Możliwe, że mnie nie zrozumiesz, gdyż wiąże się to z moimi powodami do angażowania się w konflikt... Ale muszę to komuś powiedzieć, bo inaczej mnie zje w środku... — Nie patrzył na nią, gdy to mówił. Obracał w dłoniach kartkę papieru. — Beltane było wielką tragedią. Ale też informacją zwrotną. Pokazało mi, jak słaby jestem. Z wielką trudnością włączyłem się w pomoc ewakuacji kilku osób z polany. To było niesamowicie wykańczające... Tak myślałem wtedy. Ale potem pomyślałem o tym, którym przyszło walczyć. Którzy stanęli twarzą w twarz ze zwolennikami Voldemorta. Jak egoistycznie z mojej strony, że odczuwałem trud po tak błahym zadaniu. Powinienem był być silniejszy. Powinienem był tam być i walczyć... A nie potrafiłem. Ale staram się. Następnym razem nie dopuszczę, żeby moja różdżka pozostała w spoczynku. Stanę w pierwszym rzędzie, a nim to nastąpi, dołożę wszelkich starań, by stać się silniejszym... Ćwiczę, Ger, cały czas podczas tej podróży. Deportację, pierwszą pomoc, zaklęcia pojedynkowe... Dobrze wiesz, że dla mnie nauka to jak rozrywka, jak odpoczynek. Szczególnie, że nie jestem w tym sam... — Westchnął ciężko. Wciąż wpatrywał się w kartkę. — I to jest ta najtrudniejsza rzecz, o której chciałem ci powiedzieć. Nie podróżuję sam. Kim jest cały czas ze mną. Za dnia ćwiczymy, podróżujemy, spędzamy miło czas... Wieczorem zaś zmagam się z rozdartym sercem. Moje uczucia do niej są silniejsze niż zwykle. Tyle razy chciałem jej to wyznać... Ale wtedy przypominałem sobie o tym. — Tu uniósł kartkę. — To... To zaproszenie na pogrzeb Derwina Longbottoma. Owoc Beltane, który najboleśniej wbił się w moje serce. Przypomnienie o tym, że każdy uwikłany w konflikt, czuje oddech śmierci na karku. Tak wiele godzin spędziłem w żałości... Myślałem: dlaczego on? Czemu jedyny rodzic dwójki dzieci zniknął z tego świata, a ja zostałem. Miałem tak wielkie poczucie winy... Ja nie mam jeszcze własnej rodziny. Moja śmierć nie byłaby taką tragedią... Dlatego postanowiłem, że dopóki ten konflikt się nie skończy, nie będę starał się o szczęście dla serca. Nie ważne, czy potrwa on rok, czy dziesięć. Nie chcę kreować kolejnych wdów i sierot. Jeśli już mam oddać się czemuś, muszę to być ja i tylko ja.
***
Miesiąc miłości