23.02.2024, 20:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.02.2024, 20:40 przez Samuel McGonagall.)
Jego edukacja domowa (czy też leśna) nie miałaby za bardzo sensu, gdyby rodzice (zwłaszcza matka, która lwią część życia spędziła w Kniei) nie nauczyli go radzenia sobie z problemami pradawnej puszczy wysyconej magią. Samuel mniej się bał samego Bogina, bo wiedział, co to za istota, bardziej zaś obawiał się klątwy, która mogła poranić jego nową koleżankę, a to wiązałoby się z szukaniem pomocy, a to z kolei wiązałoby się z faktem, że rozmawiał z kimś podczas treningu lotu. A to mogło oznaczać kłopoty i nic, absolutnie nic nie było tak okrutne i bolesne, jak rozczarowane spojrzenie Bereniki McGonagall, jego matki.
Gdy wyszła przed niego, zdał sobie sprawę, że dźwięki nie aktywowały klątwy i poczuł się nagle pewniej, jakby znów był u steru. Trawa pozostawała trawą, korzenie bez szaleństw pozostawały w ziemi, a grzyby nie postanawiały nagle zapchać ich płuc zarodnikami. Moment, uderzenie serca później zrozumiał, że nie słyszy już odgłosów miasta, ale złowrogą ciszę. Był wyższy od Brenny, więc nie miał problemu by dostrzec zmasakrowane chłopięce ciało. Do krwioobiegu wtłoczyło to dodatkową motywację, kto wie, być może gdyby tiara przydziału dotknęła jego głowy, trafiłby do Gryffindoru.
Zamienili się znów miejscami, wyprzedził ją pewnie, trzymając w dłoni różdżkę.
– To nie jest prawda. To... taki stwór, ale ja wiem, co z nim zrobić. – powiedział jej bardzo pewnie (w swoich uszach brzmiał wręcz brawurowo!). Uniósł różdżkę, czekając na to co powinno nastąpić. Bo choć bał się że klątwa zaatakuje bliskich, wiedział, że oni sobie poradzą. To czego bał się najbardziej to...
Ryk lokomotywy rozszedł się echem po lesie, ptactwo poderwało się gwałtownie. Drewniany most był już brukowany, szarość rozlewała się, złowieszcze, kpiące śmiechy i zapach... wszechogarniający smród ścieków, smogu, palonego węgla, odór śmierci i postępu.
– Ridicculus! – krzyknął a czarna, tłusta od oleju przestrzeń, którą bardziej było czuć i widać zmieniła się. Lokomotywowe gwizdy przeszły w katarynkową muzykę cyrkową i nieregularne wuwuzele, śmiech stał się mniej szyderczy, bardziej rozbawiony, lżejszy a w końcu szarość wypełnił oblepiający kolorowy proszek wybuchający nieregularnymi kleksami. Sam zaczął się śmiać, zaczął tańczyć na wspomnienie zupełnie innego wyjazdu ze swoją matką. Ten był pełen kolorów i śmiechu. Spalony olej miał w sobie tony kukurydzy i prażonych ziemniaków, gdzieś do podniebienia lepił się cukier z nabitej szklanej w konsystencji waty.
Gdy wyszła przed niego, zdał sobie sprawę, że dźwięki nie aktywowały klątwy i poczuł się nagle pewniej, jakby znów był u steru. Trawa pozostawała trawą, korzenie bez szaleństw pozostawały w ziemi, a grzyby nie postanawiały nagle zapchać ich płuc zarodnikami. Moment, uderzenie serca później zrozumiał, że nie słyszy już odgłosów miasta, ale złowrogą ciszę. Był wyższy od Brenny, więc nie miał problemu by dostrzec zmasakrowane chłopięce ciało. Do krwioobiegu wtłoczyło to dodatkową motywację, kto wie, być może gdyby tiara przydziału dotknęła jego głowy, trafiłby do Gryffindoru.
Zamienili się znów miejscami, wyprzedził ją pewnie, trzymając w dłoni różdżkę.
– To nie jest prawda. To... taki stwór, ale ja wiem, co z nim zrobić. – powiedział jej bardzo pewnie (w swoich uszach brzmiał wręcz brawurowo!). Uniósł różdżkę, czekając na to co powinno nastąpić. Bo choć bał się że klątwa zaatakuje bliskich, wiedział, że oni sobie poradzą. To czego bał się najbardziej to...
Ryk lokomotywy rozszedł się echem po lesie, ptactwo poderwało się gwałtownie. Drewniany most był już brukowany, szarość rozlewała się, złowieszcze, kpiące śmiechy i zapach... wszechogarniający smród ścieków, smogu, palonego węgla, odór śmierci i postępu.
– Ridicculus! – krzyknął a czarna, tłusta od oleju przestrzeń, którą bardziej było czuć i widać zmieniła się. Lokomotywowe gwizdy przeszły w katarynkową muzykę cyrkową i nieregularne wuwuzele, śmiech stał się mniej szyderczy, bardziej rozbawiony, lżejszy a w końcu szarość wypełnił oblepiający kolorowy proszek wybuchający nieregularnymi kleksami. Sam zaczął się śmiać, zaczął tańczyć na wspomnienie zupełnie innego wyjazdu ze swoją matką. Ten był pełen kolorów i śmiechu. Spalony olej miał w sobie tony kukurydzy i prażonych ziemniaków, gdzieś do podniebienia lepił się cukier z nabitej szklanej w konsystencji waty.