04.12.2022, 21:20 ✶
- Albo pod opiekę ludzi, którzy roszczą sobie do niego prawa. To nie znaczy, że są wariatami.
Brenna pracowała w BUM dostatecznie długo, aby przekonać się, że niektórzy przestępcy owszem, są wariatami, ale nie brak i takich doskonale zdrowych na umyśle. Mogli być porywaczami i mordercami, jednak nie równało się to z byciem szaleńcem.
Nie wiedziała, co chodziło po głowie Stewarda. Nie znała go dostatecznie dobrze, poza tym obraz przed jej oczyma wciąż był zamazany i choć mogła zobaczyć twarz Patricka, to ta przypominała nieco rozmytą plamę.
Starała się odepchnąć od siebie niechciane emocje, podejść do tego jak do zwykłej, policyjnej sprawy, gdzie potrzeba było skupienia na sprawie. Logiki, nie współczucia. Spokoju, nie poddawania się desperacji na myśl o porwanym chłopcu. Choć ciężko było złapać dystans, gdy wspomnienia tego domu zdawały się Brennę wręcz oblepiać.
- Nie przeszukiwali domu, a przynajmniej nic na to nie wskazuje. Znieśli chłopca, wyszli, zabili ją. Nie wydaje mi się, by tu wrócili. Albo byli głupi, albo nie sądzili, że ktoś będzie ich szukać... lub nie uważali, że coś doprowadzi do nich - mruknęła w zamyśleniu, przypatrując się świecom. Ostatecznie machnęła różdżką, dezintegrując je w ten sposób, bo w pośpiechu zapomniała opakowania, a nie zamierzała ich pakować do kieszeni, gdy wciąż były oblepione stopioną stearyną, z wciąż dymiącymi knotami.
Papiery, notatki, dzienniki. Listy.
- Czarodzieje, więc sąsiedzi pewnie wiele nam nie powiedzą... - dokończyła jeszcze. Przyjaciele? Tu zaczynał się problem, bo ci mugolscy nie będą nic wiedzieli o czarodziejskich sprawkach, a z kolei chociaż w pobliżu chyba mieszkali jacyś czarodzieje, wątpliwe, czy przyjaźniłaby się z nimi charłaczka.
Sprawa była w cholerę skomplikowana. Tajemnicze koperty, porwany chłopiec, imię "Pierre", zachowanie porywaczy.
- Idź, szukaj, ja zaraz dojdę do siebie - zapewniła, choć planowała usiąść na schodach i poczekać, a nie aportować się. Przecież oszalałaby, zastanawiając się, co znalazł. Nie była jednak na tyle nierozsądna, aby nalegać, że mu pomoże. Problemy ze wzrokiem i krwawienia z nosa były jasnym sygnałem, że albo na chwilę osiądzie, albo może stracić przytomność, a to byłby dla Stewarda tylko dodatkowy kłopot. - Sprawdź ogród, tam zginęła.
Samo porwanie, zasadniczo, podpadałoby pewnie pod jurysdykcję BUM. Ale skoro ktoś użył avady, było jasne, że mają tutaj czarnoksiężników: jak nic sprawa dla Biura Aurorów. Brenna jednak należała do tych nadgorliwych pracowników, którzy wcale nie przyszli tu dla porządnej pensji. Zdarzało się też, że była wciągana w aurorskie śledztwa - wprawdzie rzadko, i nie ze względu na to, że była tak niesamowita, a ponieważ niektórzy aurorzy wiedzieli, że potrafiła sięgnąć w przeszłość.
Nie zastanawiała się więc na odpowiedzią długo.
- Pewnie. Jeżeli tylko mogę się przydać.
Brenna pracowała w BUM dostatecznie długo, aby przekonać się, że niektórzy przestępcy owszem, są wariatami, ale nie brak i takich doskonale zdrowych na umyśle. Mogli być porywaczami i mordercami, jednak nie równało się to z byciem szaleńcem.
Nie wiedziała, co chodziło po głowie Stewarda. Nie znała go dostatecznie dobrze, poza tym obraz przed jej oczyma wciąż był zamazany i choć mogła zobaczyć twarz Patricka, to ta przypominała nieco rozmytą plamę.
Starała się odepchnąć od siebie niechciane emocje, podejść do tego jak do zwykłej, policyjnej sprawy, gdzie potrzeba było skupienia na sprawie. Logiki, nie współczucia. Spokoju, nie poddawania się desperacji na myśl o porwanym chłopcu. Choć ciężko było złapać dystans, gdy wspomnienia tego domu zdawały się Brennę wręcz oblepiać.
- Nie przeszukiwali domu, a przynajmniej nic na to nie wskazuje. Znieśli chłopca, wyszli, zabili ją. Nie wydaje mi się, by tu wrócili. Albo byli głupi, albo nie sądzili, że ktoś będzie ich szukać... lub nie uważali, że coś doprowadzi do nich - mruknęła w zamyśleniu, przypatrując się świecom. Ostatecznie machnęła różdżką, dezintegrując je w ten sposób, bo w pośpiechu zapomniała opakowania, a nie zamierzała ich pakować do kieszeni, gdy wciąż były oblepione stopioną stearyną, z wciąż dymiącymi knotami.
Papiery, notatki, dzienniki. Listy.
- Czarodzieje, więc sąsiedzi pewnie wiele nam nie powiedzą... - dokończyła jeszcze. Przyjaciele? Tu zaczynał się problem, bo ci mugolscy nie będą nic wiedzieli o czarodziejskich sprawkach, a z kolei chociaż w pobliżu chyba mieszkali jacyś czarodzieje, wątpliwe, czy przyjaźniłaby się z nimi charłaczka.
Sprawa była w cholerę skomplikowana. Tajemnicze koperty, porwany chłopiec, imię "Pierre", zachowanie porywaczy.
- Idź, szukaj, ja zaraz dojdę do siebie - zapewniła, choć planowała usiąść na schodach i poczekać, a nie aportować się. Przecież oszalałaby, zastanawiając się, co znalazł. Nie była jednak na tyle nierozsądna, aby nalegać, że mu pomoże. Problemy ze wzrokiem i krwawienia z nosa były jasnym sygnałem, że albo na chwilę osiądzie, albo może stracić przytomność, a to byłby dla Stewarda tylko dodatkowy kłopot. - Sprawdź ogród, tam zginęła.
Samo porwanie, zasadniczo, podpadałoby pewnie pod jurysdykcję BUM. Ale skoro ktoś użył avady, było jasne, że mają tutaj czarnoksiężników: jak nic sprawa dla Biura Aurorów. Brenna jednak należała do tych nadgorliwych pracowników, którzy wcale nie przyszli tu dla porządnej pensji. Zdarzało się też, że była wciągana w aurorskie śledztwa - wprawdzie rzadko, i nie ze względu na to, że była tak niesamowita, a ponieważ niektórzy aurorzy wiedzieli, że potrafiła sięgnąć w przeszłość.
Nie zastanawiała się więc na odpowiedzią długo.
- Pewnie. Jeżeli tylko mogę się przydać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.