24.02.2024, 08:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2024, 17:13 przez Lorraine Malfoy.)
W tej chwili, Lorraine była gotowa ofiarować swoją śmierć najgłębszemu z kanałów na Nokturnie i zatonąć w objęciach ścieków podziemnych ścieżek niczym bohaterka szekspirowskiej tragedii – choć tamta odpoczywała pewnie pośród kwiatuszków, nie zaś w szambie – bo spłonęła rumieńcem, kiedy Nieznajoma zaczęła wyliczać wszystkie rzeczy miłe bogom… Tak się bowiem akurat złożyło, że w towarzystwie Maeve wykonała dzisiaj porządny speedrun wspomnianych praktyk religijnych: rano sobie pośpiewała z kapłankami, potem, jak już razem z Maeve zmęczyły się ciągłym tańcowaniem, trochę powygłupiały się na kwietnym ołtarzu na brzegu lasu, zaś modlitwy…
Cóż, jej ulubioną modlitwą była litania złożona z samych „och, Maeve” i ciężkich westchnień. A skoro tajemnicza dziewczyna wiedziała, że odpowiedzią na każde z tych wezwań było „Raine”…
Malfoy poczuła, jak Maeve chwyta jej dłoń, mocno, i poczuła się lepiej. Ale wciąż milczała, strapiona. Bała się usłyszeć, co więcej ma im do powiedzenia Nieznajoma, która stawiała swoją wiotką postać na równi z bogami… Miała już pewne przypuszczenia, dlaczego, ale obawiała się wypowiedzieć je na głos.
Przez chwilę kiwała więc tylko głową na słowa Sarah. Dopiero teraz dotarło do niej, że wcześniej zbytnio skupiła się na antagonizowaniu Agatki, zapominając, że główną winną całego tego zamieszania była arcykapłanka, Isobell. Te zaburzenia planu astralnego, o których mówiła Maeve – a może widok obwisłych cyców Agatki? – zakłóciły widocznie jej zwykle dosyć zdroworozsądkowe podejście…
Podobnie jak i nagła rewelacja, że mają do czynienia nie z byle dziewczyną, a samą boginią-Dziewicą.
Lorraine może i była natchniona nadnaturalnym spokojem, ale i tak zamarła, kiedy tajemnicza kobieta ujawniła im swoją prawdziwą tożsamość. Malfoy zawsze wierzyła w Coś – jakąś siłę wyższą, której istnienie wykracza poza ludzkie pojęcie – ale dopiero wkraczając w wiek dorosły, zdecydowała, że ulokuje swoją wiarę w religii.
Nawet teraz, wierzyła.
Niestety, spotkanie ze Stwórcą nie wiązało się z ekstatycznym doświadczeniem katharsis. W głowie Lorraine kłębiło się coraz to więcej pytań, a choć czary bogini spowodowały, że nie popadała w panikę, jej umysł pracował na najwyższych obrotach.
– Tyle imion – powtórzyła tępo, wpatrując się w boginię – Dlaczego więc nigdy nie odpowiadasz, wtedy, kiedy wołałam cię każdym z nich, o, Pani? - spytała. - Ta jedna martwa – pierdolona, dopowiedziała w myślach, bardziej zrezygnowana niż gniewna – owca wzruszyła cię bardziej, niż połowa mojego – pierdolonego, znów dodała w głowie – życia? – Głos Lorraine był spokojny, pełen dziwnej zadumy, ale mówiła coraz szybciej, jakby próbowała uchwycić ulotne myśli. Stała sztywno, patrząc spode łba, i z nadąsaną miną bachora, z którym nikt nie chce się bawić. – Odejdziemy – i co dalej? Wyślemy Isobell do lecznicy dusz, znajdziemy Agatce nowe hobby w miejsce samookaleczenia, nawieziemy kwiatki na grobie Effimery, czy może zapomnimy o wszystkim? Po co w ogóle nas tu zebrałaś? Żeby bawić się w robótki ręczne? – Lorraine nie ruszyła się z miejsca, jakby nie dotarło do niej, o co prosi Bogini. Pokręciła gwałtownie głową, patrząc na igłę w dłoni Maeve. - Byłam głupia, przychodząc na ten rytuał. Dziewica? Dziewicą to ja nie jestem już od podstawówki, dlaczego miałabym się do ciebie modlić? Potrzebuję Matki. Gdzie ona jest? Gdzie ty byłaś, kiedy cię potrzebowałam? – Teraz ona ściskała desperacko rękę Maeve, tak, jak gdyby dłoń dziewczyny była ostatnim bastionem normalności.
- Nie potrzebuję cię już więcej. Po co mi taka bogini? Czy ja wyglądam na owcę? Może Degenhardt ma mniejszy kult, ale on przynajmniej patrzy mi w oczy, jak się ze mną rucha, a ty – ty robisz to gorzej niż obecny rząd. - Lorraine puściła rękę Maeve, i niczym obrażone dziecko, usadowiła się na ziemi obok, mrugając gwałtownie, bo poczuła wilgoć zbierającą się pod powiekami. Ale zacisnęła zęby, zbyt uparta, by płakać. Popatrzyła wyzywająco na boginkę.
- I nie będę się więcej do ciebie modlić. Wiesz, przed kim klękam? Przed Maeve. Ona dostaje wszystkie moje modlitwy, pieśni i tańce, tylko ona, nie ty. Ją mogę wielbić. Ona mnie nigdy nie zawiodła. A po tym wszystkim… – odwróciła się od bogini, i całą swoją uwagę skupiła na chwilę na twarzy przyjaciółki, delikatny uśmiech zaigrał w kąciku jej ust. – …pójdziemy na kebaba z jagnięciny, najdroższa – rzuciła, wredna satysfakcja w jej głosie. Z powrotem przeniosła spojrzenie na boginię. - I sama sobie szyj tę kieckę – odburknęła.
Czy to było dziecinne?
Owszem.
Ale przecież: „wszyscy dzieci Matki są”.
Cóż, jej ulubioną modlitwą była litania złożona z samych „och, Maeve” i ciężkich westchnień. A skoro tajemnicza dziewczyna wiedziała, że odpowiedzią na każde z tych wezwań było „Raine”…
Malfoy poczuła, jak Maeve chwyta jej dłoń, mocno, i poczuła się lepiej. Ale wciąż milczała, strapiona. Bała się usłyszeć, co więcej ma im do powiedzenia Nieznajoma, która stawiała swoją wiotką postać na równi z bogami… Miała już pewne przypuszczenia, dlaczego, ale obawiała się wypowiedzieć je na głos.
Przez chwilę kiwała więc tylko głową na słowa Sarah. Dopiero teraz dotarło do niej, że wcześniej zbytnio skupiła się na antagonizowaniu Agatki, zapominając, że główną winną całego tego zamieszania była arcykapłanka, Isobell. Te zaburzenia planu astralnego, o których mówiła Maeve – a może widok obwisłych cyców Agatki? – zakłóciły widocznie jej zwykle dosyć zdroworozsądkowe podejście…
Podobnie jak i nagła rewelacja, że mają do czynienia nie z byle dziewczyną, a samą boginią-Dziewicą.
Lorraine może i była natchniona nadnaturalnym spokojem, ale i tak zamarła, kiedy tajemnicza kobieta ujawniła im swoją prawdziwą tożsamość. Malfoy zawsze wierzyła w Coś – jakąś siłę wyższą, której istnienie wykracza poza ludzkie pojęcie – ale dopiero wkraczając w wiek dorosły, zdecydowała, że ulokuje swoją wiarę w religii.
Nawet teraz, wierzyła.
Niestety, spotkanie ze Stwórcą nie wiązało się z ekstatycznym doświadczeniem katharsis. W głowie Lorraine kłębiło się coraz to więcej pytań, a choć czary bogini spowodowały, że nie popadała w panikę, jej umysł pracował na najwyższych obrotach.
– Tyle imion – powtórzyła tępo, wpatrując się w boginię – Dlaczego więc nigdy nie odpowiadasz, wtedy, kiedy wołałam cię każdym z nich, o, Pani? - spytała. - Ta jedna martwa – pierdolona, dopowiedziała w myślach, bardziej zrezygnowana niż gniewna – owca wzruszyła cię bardziej, niż połowa mojego – pierdolonego, znów dodała w głowie – życia? – Głos Lorraine był spokojny, pełen dziwnej zadumy, ale mówiła coraz szybciej, jakby próbowała uchwycić ulotne myśli. Stała sztywno, patrząc spode łba, i z nadąsaną miną bachora, z którym nikt nie chce się bawić. – Odejdziemy – i co dalej? Wyślemy Isobell do lecznicy dusz, znajdziemy Agatce nowe hobby w miejsce samookaleczenia, nawieziemy kwiatki na grobie Effimery, czy może zapomnimy o wszystkim? Po co w ogóle nas tu zebrałaś? Żeby bawić się w robótki ręczne? – Lorraine nie ruszyła się z miejsca, jakby nie dotarło do niej, o co prosi Bogini. Pokręciła gwałtownie głową, patrząc na igłę w dłoni Maeve. - Byłam głupia, przychodząc na ten rytuał. Dziewica? Dziewicą to ja nie jestem już od podstawówki, dlaczego miałabym się do ciebie modlić? Potrzebuję Matki. Gdzie ona jest? Gdzie ty byłaś, kiedy cię potrzebowałam? – Teraz ona ściskała desperacko rękę Maeve, tak, jak gdyby dłoń dziewczyny była ostatnim bastionem normalności.
- Nie potrzebuję cię już więcej. Po co mi taka bogini? Czy ja wyglądam na owcę? Może Degenhardt ma mniejszy kult, ale on przynajmniej patrzy mi w oczy, jak się ze mną rucha, a ty – ty robisz to gorzej niż obecny rząd. - Lorraine puściła rękę Maeve, i niczym obrażone dziecko, usadowiła się na ziemi obok, mrugając gwałtownie, bo poczuła wilgoć zbierającą się pod powiekami. Ale zacisnęła zęby, zbyt uparta, by płakać. Popatrzyła wyzywająco na boginkę.
- I nie będę się więcej do ciebie modlić. Wiesz, przed kim klękam? Przed Maeve. Ona dostaje wszystkie moje modlitwy, pieśni i tańce, tylko ona, nie ty. Ją mogę wielbić. Ona mnie nigdy nie zawiodła. A po tym wszystkim… – odwróciła się od bogini, i całą swoją uwagę skupiła na chwilę na twarzy przyjaciółki, delikatny uśmiech zaigrał w kąciku jej ust. – …pójdziemy na kebaba z jagnięciny, najdroższa – rzuciła, wredna satysfakcja w jej głosie. Z powrotem przeniosła spojrzenie na boginię. - I sama sobie szyj tę kieckę – odburknęła.
Czy to było dziecinne?
Owszem.
Ale przecież: „wszyscy dzieci Matki są”.