24.02.2024, 21:34 ✶
Brenna wiedziała, ze to nieprawda: ale martwy Erik wyglądał aż zbyt realnie, a jej nie wolno było użyć magii, jeżeli nie chciała wpakować się w kłopoty. Nie wyrzuciliby jej pewnie z Hogwartu za jedno zaklęcie, ale mogłaby spodziewać się oficjalnego upomnienia, a potem musiałaby gęsto tłumaczyć się matce, co robiła tak głęboko w lesie. I nie sądziła, że Sam, który chwilę temu zdawał się szaleć ze strachu – nie rozumiała przecież, że bał się, że zrobi jej krzywdę – zdoła tak szybko się pozbierać.
Z zaskoczeniem obserwowała, jak chłopiec zamiast uciekać tak, jak go poprosiła, wychodzi na powrót przed nią, zapewniając, że to tylko taki stwór. I jak iście popisowo rzuca zaklęcie, a potem śmieje się: nie było lepszego sposobu na pozbycie się bogina niż śmiech. Z ust Brenny wydobyło się westchnienie ulgi, gdy chłopak się śmiał, a bogin cofnął się i wpadł do rzeki, a może przestał istnieć, zniszczony przed radość, gdy do istnienia potrzebował strachu.
– Chodźmy stąd – poprosiła, wyciągając do niego rękę. Uśmiechnęła się do Sama, chociaż w tym uśmiechu czaiła się odrobina nerwowości, wywołała wspomnieniem pokrwawionego ciała brata. Bo tym, czego nastoletnia Brenna bała się najbardziej, była jego strata: od dnia, gdy chłopaka zaatakował wilkołak i Longbottom zrozumiała, że naprawdę niewiele brakowało, żeby go straciła. – Może się tu czaić więcej boginów, a ja nie powinnam czarować poza szkołą. Wpadnę w kłopoty, jeśli rzucę jakieś zaklęcie – wyznała. Sam poradził sobie z tym boginem śpiewająco, ale nie była pewna, ja da sobie radę z kilkoma, a ona ani nie chciała patrzeć już na rozszarpanego Erika, nawet jeżeli nie był prawdziwy, ani potem wyjaśniać, dlaczego zamiast do centrum miasteczka poszła do lasu, do którego nie powinna wchodzić samotnie. – Powinnam powoli wracać. Chcesz mnie odprowadzić na skraj Kniei? – zaproponowała więc po prostu. Trochę dlatego, że naprawdę była ciekawa Sama – a trochę, bo miała wrażenie, że skoro leciał za nią jako krogulec, to i on był ciekawy jej.
Z zaskoczeniem obserwowała, jak chłopiec zamiast uciekać tak, jak go poprosiła, wychodzi na powrót przed nią, zapewniając, że to tylko taki stwór. I jak iście popisowo rzuca zaklęcie, a potem śmieje się: nie było lepszego sposobu na pozbycie się bogina niż śmiech. Z ust Brenny wydobyło się westchnienie ulgi, gdy chłopak się śmiał, a bogin cofnął się i wpadł do rzeki, a może przestał istnieć, zniszczony przed radość, gdy do istnienia potrzebował strachu.
– Chodźmy stąd – poprosiła, wyciągając do niego rękę. Uśmiechnęła się do Sama, chociaż w tym uśmiechu czaiła się odrobina nerwowości, wywołała wspomnieniem pokrwawionego ciała brata. Bo tym, czego nastoletnia Brenna bała się najbardziej, była jego strata: od dnia, gdy chłopaka zaatakował wilkołak i Longbottom zrozumiała, że naprawdę niewiele brakowało, żeby go straciła. – Może się tu czaić więcej boginów, a ja nie powinnam czarować poza szkołą. Wpadnę w kłopoty, jeśli rzucę jakieś zaklęcie – wyznała. Sam poradził sobie z tym boginem śpiewająco, ale nie była pewna, ja da sobie radę z kilkoma, a ona ani nie chciała patrzeć już na rozszarpanego Erika, nawet jeżeli nie był prawdziwy, ani potem wyjaśniać, dlaczego zamiast do centrum miasteczka poszła do lasu, do którego nie powinna wchodzić samotnie. – Powinnam powoli wracać. Chcesz mnie odprowadzić na skraj Kniei? – zaproponowała więc po prostu. Trochę dlatego, że naprawdę była ciekawa Sama – a trochę, bo miała wrażenie, że skoro leciał za nią jako krogulec, to i on był ciekawy jej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.