Nieznane słowo, które usłyszała Fernah, podpowiedziało jej, że ma do czynienia z kimś spoza Wielkiej Brytanii. Nie, żeby to miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Zwyczajnie ta myśl wykwitła w jej głowie.
— Dziękuję.
Nim na dobre usadowiła się na krześle, nieznajoma zniknęła za gazetą. Pierwsza strona Proroka Codziennego była poświęcona Lordowi Voldemortowi, a jego ruchome zdjęcie wpatrywało się w Fernę z obrzydzeniem w oczach. Łyżka z porcją gulaszu zawisła w połowie drogi do ust czarownicy, bo ta odpowiadała równie niemiłym spojrzeniem. Tego jej brakowało, żeby do obiadu towarzyszył jej ten, który uważał takich jak ona za ludzi drugiej kategorii. Jakby druga Wojna Światowa nikogo nic nie nauczyła.
Paprotka zmagała się ze sobą dobrych paręnaście minut, nim wreszcie zdecydowała się coś powiedzieć.
— Przepraszam, ale czy mogłaby pani zagiąć gazetę tak, żebym nie musiała jeść, patrząc na czarodzieja, który uważa, że w naszym społeczeństwie są lepsi i gorsi ze względu na to, jaka krew płynie w ich żyłach.
Słowa te były gorzkie i zdecydowanie bardziej personalne, niż Fernah chciałaby to przyznać. Jednakże o tym drugim Ula nie mogła wiedzieć, bo i nie znała panny Slughorn.