25.02.2024, 00:04 ✶
Po tym jak wyglądała jego twarz, od razu można było założyć, że Flynn kompletnie nie spodziewał się po nim takiej reakcji. Jego strach przed Ścieżkami, jego niechęć do tego miejsca - to były rzeczy głęboko zakorzenione w nim samym, spoglądał na to z solidną dawką egocentryzmu i nawet nie wziął pod uwagę urażenia tym czyjejś męskiej dumy. W tym miejscu nie było przecież przestrzeni na męską dumę, to miejsce było jednocześnie wspaniałe i okropne, napełniało go życiem i pchało ku znienawidzeniu samego siebie, miało swoje wady i zalety, ale też rządziło się określonymi prawami. I te prawa mówiły bardzo jasno i wyraźnie, że pierwsi ginęli tam ludzie dobrzy i ludzie chcący tam sobie coś udowodnić.
- Nie. - Pokręcił głową. Brzmiał tak poważnie jak tylko mógł. Bo Ścieżki to nie było już dla niego miejsce na zabawę, na pewno nie odkąd wisiało nad nim widmo zemsty Fontaine, a teraz jego dawni znajomi mieliby zobaczyć go z nowym ukochanym i pójść ględzić jej, jak blisko znowu jest i z kim tam przyszedł. - Nie zaryzykuję twoim życiem tylko po to, żebyś mógł sobie udowodnić, jakie masz wielkie jaja. - Teraz nie był tylko smutny, ale też bardzo, ale to bardzo oburzony. - Skoro nie chcesz, żebym został, to idę bawić się sam. - Tak, naprawdę mu tym pogroził. Pójściem dobrze się bawić bez niego, na przekór temu wszystkiemu, co mogło się tutaj zadziać. Żadnego wspólnego wyjścia, żadnego wspólnego siedzenia w łóżku po ciężkim dniu. Nie kiedy żartował sobie z czegoś, co było dla niego tak ważne, co przepełniało go tak silnym strachem, że niemal pięć lat temu leżał tu na podłodze i ryczał, nie mogąc się wysłowić, a wcześniej nie odzywał się do nikogo przez kilka tygodni. Już mu to wypadło z pamięci? Już go to nie obchodziło? Flynn momentalnie zapowietrzył się, napiął, chciał czymś chyba fuknąć, ale zamiast tego obrócił się w stronę lustra i jeszcze raz zobaczył, jak wygląda. Jak idiota. Wciąż jak idiota. Idiota, któremu się ciągle wydawało, że miłości trzeba było dawać szansę i warto było kogoś kochać, nawet jeżeli to wszystko miało kiedyś okazać się złudzeniem, ułudą. Tak bardzo bał się zakończeń, a tak niewiele trzeba, aby wykluczyć je ze swojego życia - po prostu nie zaczynać. Tylko z Alexandrem już zaczął i kiedy myślał o jego utracie, to od samych wyobrażeń wpadał w stan okrutnej paniki. Przez to właśnie zatrzymał się przy drzwiach wozu, chociaż już szarpnął za klamkę. Odwrócił się w jego kierunku, żeby niemal krzyknąć: Czego ty w ogóle tam szukasz?! Miał zaczerwienione policzki. Tym razem od napełniającej go powoli złości. Czegokolwiek nie mógł tam znaleźć, no to on przecież był od tego ważniejszy.
- Nie. - Pokręcił głową. Brzmiał tak poważnie jak tylko mógł. Bo Ścieżki to nie było już dla niego miejsce na zabawę, na pewno nie odkąd wisiało nad nim widmo zemsty Fontaine, a teraz jego dawni znajomi mieliby zobaczyć go z nowym ukochanym i pójść ględzić jej, jak blisko znowu jest i z kim tam przyszedł. - Nie zaryzykuję twoim życiem tylko po to, żebyś mógł sobie udowodnić, jakie masz wielkie jaja. - Teraz nie był tylko smutny, ale też bardzo, ale to bardzo oburzony. - Skoro nie chcesz, żebym został, to idę bawić się sam. - Tak, naprawdę mu tym pogroził. Pójściem dobrze się bawić bez niego, na przekór temu wszystkiemu, co mogło się tutaj zadziać. Żadnego wspólnego wyjścia, żadnego wspólnego siedzenia w łóżku po ciężkim dniu. Nie kiedy żartował sobie z czegoś, co było dla niego tak ważne, co przepełniało go tak silnym strachem, że niemal pięć lat temu leżał tu na podłodze i ryczał, nie mogąc się wysłowić, a wcześniej nie odzywał się do nikogo przez kilka tygodni. Już mu to wypadło z pamięci? Już go to nie obchodziło? Flynn momentalnie zapowietrzył się, napiął, chciał czymś chyba fuknąć, ale zamiast tego obrócił się w stronę lustra i jeszcze raz zobaczył, jak wygląda. Jak idiota. Wciąż jak idiota. Idiota, któremu się ciągle wydawało, że miłości trzeba było dawać szansę i warto było kogoś kochać, nawet jeżeli to wszystko miało kiedyś okazać się złudzeniem, ułudą. Tak bardzo bał się zakończeń, a tak niewiele trzeba, aby wykluczyć je ze swojego życia - po prostu nie zaczynać. Tylko z Alexandrem już zaczął i kiedy myślał o jego utracie, to od samych wyobrażeń wpadał w stan okrutnej paniki. Przez to właśnie zatrzymał się przy drzwiach wozu, chociaż już szarpnął za klamkę. Odwrócił się w jego kierunku, żeby niemal krzyknąć: Czego ty w ogóle tam szukasz?! Miał zaczerwienione policzki. Tym razem od napełniającej go powoli złości. Czegokolwiek nie mógł tam znaleźć, no to on przecież był od tego ważniejszy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.