25.02.2024, 00:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.05.2024, 21:08 przez Brenna Longbottom.)
Brenna przywykła do słuchania poleceń Patricka już dawno. Czasem wprawdzie zadawała pytania, ale jednak robiła to dość rzadko, po prostu ufając, że Steward powie jej dokładnie tyle, ile powinna wiedzieć. A nawet gdyby było inaczej, taka wiadomość - dla kogoś postronnego niewiele znacząca - mogła oznaczać tylko jedno: ktoś potrzebował pomocy i zapewne było to jakoś związane ze śmierciożercami. Było więc oczywiste, że pojawi się na miejscu w umówionej porze i powstrzymać ją przed tym mogłoby tylko jakieś bardzo pilne wezwanie z pracy.
Na co dzień Brenna nie chwaliła się tą umiejętnością i o jej zdolnościach w tym zakresie wiedzieli jedynie bliscy krewni oraz członkowie Zakonu Feniksa. Wahała się więc przez chwilę, czy nie powinna wystąpić incognito - nie miała pojęcia, komu będzie miała zmieniać twarz, dlaczego i czy ta osoba powinna wiedzieć, kto udzieli jej pomocy. Czasem było lepiej, aby ktoś nie wiedział, z kim "współpracował" - czasem wręcz przeciwnie, bo ta "współpraca" miała potrwać dalej. Ostatecznie jednak Steward nie wspomniał nic o tym, że dyskrecja jest pod tym względem bardzo wskazana, nie trudziła się więc jakoś strasznie ze zmianą własnego wyglądu, ale i postarała się, by nie być rozpoznawalną na pierwszy rzut oka... Odrobinę prostych zaklęć transmutacyjnych miało utrudnić jej rozpoznanie.
Zapukała do drzwi na dwie minuty przed umówioną godziną. Ubrana po mugolsku, w zwykłe spodnie, pomimo tego, że nawet wieczorami było teraz ciepło, założyła też bluzę - nie chciała zwracać niczyjej uwagi bliznami, a i wspinając się po schodach do kawalerki Stewarda na głowę naciągnęła kaptur, ot by nie rzucić się w oczy sąsiadom. W ciemnościach zresztą łatwiej było zniknąć, mając na sobie ciemne ubrania.
Pewne rzeczy były już odruchem. Ostrożność towarzyszyła jej na każdym kroku przez ostatnie dwa lata.
W kieszeni Brenna miała kilka zdjęć. Takie wzory były przydatne, by coś "podkraść" od tego i owego, by ostateczny efekt przedstawiał normalnego człowieka (zwykle starała się, by ten nie był ani szpetny, ani bardzo piękny - piękne osoby zwracały w tłumie uwagę, a ci, którym twarze zmieniała, powinni znikać w tłumie), a nie znając struktury kostnej osoby, której miała pomóc, nie miała szans przygotować się lepiej.
- Uwiniemy się w godzinę, czy będę potrzebna i później? - spytała cicho, ledwo drzwi się przed nią otworzyły. To ile potrwa sama "procedura" zależało od tego, na ile wygląd komuś trzeba było zmienić, ale nawet modyfikując twarz niemal nie do poznania, powinna się z tym uporać w godzinę. Odruchowo rozejrzała się po pomieszczeniu, szukając swojej dzisiejszej "pacjentki".
Na co dzień Brenna nie chwaliła się tą umiejętnością i o jej zdolnościach w tym zakresie wiedzieli jedynie bliscy krewni oraz członkowie Zakonu Feniksa. Wahała się więc przez chwilę, czy nie powinna wystąpić incognito - nie miała pojęcia, komu będzie miała zmieniać twarz, dlaczego i czy ta osoba powinna wiedzieć, kto udzieli jej pomocy. Czasem było lepiej, aby ktoś nie wiedział, z kim "współpracował" - czasem wręcz przeciwnie, bo ta "współpraca" miała potrwać dalej. Ostatecznie jednak Steward nie wspomniał nic o tym, że dyskrecja jest pod tym względem bardzo wskazana, nie trudziła się więc jakoś strasznie ze zmianą własnego wyglądu, ale i postarała się, by nie być rozpoznawalną na pierwszy rzut oka... Odrobinę prostych zaklęć transmutacyjnych miało utrudnić jej rozpoznanie.
Zapukała do drzwi na dwie minuty przed umówioną godziną. Ubrana po mugolsku, w zwykłe spodnie, pomimo tego, że nawet wieczorami było teraz ciepło, założyła też bluzę - nie chciała zwracać niczyjej uwagi bliznami, a i wspinając się po schodach do kawalerki Stewarda na głowę naciągnęła kaptur, ot by nie rzucić się w oczy sąsiadom. W ciemnościach zresztą łatwiej było zniknąć, mając na sobie ciemne ubrania.
Pewne rzeczy były już odruchem. Ostrożność towarzyszyła jej na każdym kroku przez ostatnie dwa lata.
W kieszeni Brenna miała kilka zdjęć. Takie wzory były przydatne, by coś "podkraść" od tego i owego, by ostateczny efekt przedstawiał normalnego człowieka (zwykle starała się, by ten nie był ani szpetny, ani bardzo piękny - piękne osoby zwracały w tłumie uwagę, a ci, którym twarze zmieniała, powinni znikać w tłumie), a nie znając struktury kostnej osoby, której miała pomóc, nie miała szans przygotować się lepiej.
- Uwiniemy się w godzinę, czy będę potrzebna i później? - spytała cicho, ledwo drzwi się przed nią otworzyły. To ile potrwa sama "procedura" zależało od tego, na ile wygląd komuś trzeba było zmienić, ale nawet modyfikując twarz niemal nie do poznania, powinna się z tym uporać w godzinę. Odruchowo rozejrzała się po pomieszczeniu, szukając swojej dzisiejszej "pacjentki".
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.